24 stycznia 2013

ŚMIESZNOCHWAŁKI

Rozliczanie to element życia, który w dzisiejszych czasach zaczął stanowić popularne „must be”. Rozliczamy się więc każdego dnia: Wydział Edukacji – dyrekcję, dyrekcja – nauczycieli, nauczyciele – uczniów. Do tego rozliczają się rodzice (między sobą) i rodziny. Jednak najczęściej rozliczamy tych, w stosunku do których – z naszego punktu widzenia – jest to najłatwiejsze: DZIECI.
 
Okazuje się, że w wielu szkołach nadal trzeba wypełniać tzw. „samochwałki”. Wprowadza to pewien element paniki: „Co wpisać?!”. Nie można przecież pochwalić się tym, że Karol z II b nauczył się – po wielu niemal morderczych treningach! – wiązać sznurowadła, a Maja z III c stwierdziła, że uwielbia zajęcia wychowania fizycznego. Nie wypada też napisać, że udało nam się – wreszcie – porozmawiać z rodzicami agresywnego Michała, a sam zbuntowany nastolatek wykazuje poprawę w swoim zachowaniu. Nie, to absolutnie nie jest trendem szkolnych notatek. Dla tych, którzy na modzie się nie znają – mała podpowiedzieć: chwalimy się wygranymi konkursami (ogólnopolskimi i wojewódzkimi), uczniami otrzymującymi stypendia naukowe oraz udziałami w znanych programach, które mogą być istotne dla szkoły.

Obserwuję więc, jak domyka się błędne koło. Punkt pierwszy: Gracjan chce narysować pracę na konkurs. Punkt drugi: Gracjan nie potrafi rysować. Punkt trzeci i czwarty: Skoro Gracjan nie potrafi rysować, a więc nie zajmie żadnego miejsca – ba, nawet wyróżnienia! – po co mielibyśmy razem coś tworzyć? Punkt piąty: Warto namówić Karolinę do udziału w konkursie, jest szansa na sukces. I na stronie się o tym napisze, i na portalach społecznościowych, wspomni dyrektorowi, rodzicom na zebraniu…

Zachowanie takie pojawia się często na początku nauczycielskiej kariery (później, cóż, jest „tylko” skutecznie podtrzymywane). Zaczyna się walka o staż, o utrzymanie posady, o pokazanie wszystkim, jakimi niezwykłymi belframi jesteśmy. Sama zaczęłam wpadać w błędne koło, szukając kolejnych konkursów dla maluchów, aby móc pokazać, jak wiele z nimi robię. I choć z poszukiwań ciekawych konkursów nie zrezygnuję, z kręgu idiotyzmu udało mi się wyjść stosunkowo szybko. I – co najważniejsze – jeśli będę miała pochwalić się z kimś tym, co udało mi się osiągnąć (a i bez zachęty innych robię to często), automatycznie przytoczę opowieść o uczennicy, która po kilku dniach ćwiczeń, wielu rysunkach i zabawach wykałaczkami zrozumiała, w jaki sposób powinno się odejmować (pisemnie) duże liczby oraz o tym, jak chłopiec z trzeciej klasy otrzymał wyróżnienie w konkursie plastycznym. I nie ma możliwych, aby którykolwiek z tych sukcesów został uznany za ważniejszy lub mniej wartościowy.

W pogoni za „dużymi” (czyt. widzianymi przez wszystkich) efektami, zapominamy często o tym, co powinno być celem dla każdego nauczyciela: o docenianiu uczniów, o zachęcaniu ich do dodatkowych aktywności, o organizowaniu im czasu wolnego. Szkoda, bo wydaje mi się, że to, co dla wielu może być drobnostką, dla innych ma niemal galaktyczny wymiar. Wymiar, o który warto – o który trzeba – walczyć.

18 stycznia 2013

AŻ CHCE SIĘ NIE WIERZYĆ

Nauczyciele mają ciężką pracę. Ciągłe przekleństwa, przepychanki i wyzwiska. Brak szacunku, więc też brak możliwości prowadzenia zajęć. Znikomy wpływ na otaczającą młodzież, a wielkie wymagania od innych. Nic dziwnego, że najchętniej rzuciliby pracę „w cholerę” i pokazali tym wstrętnym „bachorom”, gdzie ich miejsce w szeregu. CZYŻBY? 

Z zażenowaniem przeczytałam artykuł Małgorzaty Święchowicz w tygodniu „Newsweek”. Przyznaję – łatwiej byłoby mi uwierzyć, że dziennikarka wszystko zmyśliła na potrzeby swojej promocji, jednak statystyki (czy to policyjne, czy sądowe), mówią co innego. Nauczyciele są coraz bardziej agresywni, skarżą się na brak możliwości kontrolowania sytuacji podczas zajęć i – to dodam z własnych obserwacji – niewiele robią, aby te sytuacje zmienić. 

Praca w osławianych gimnazjach jest trudna – podobnie jak praca w szkole podstawowej i średniej. Nie uważam, żeby istniał powód, aby mówić: „Praca w gimnazjum to prawdziwa męczarnia”. Takie zajęcia wymagają po prostu innych umiejętności, nowych rozwiązań, odpowiedniego reagowania. I choć jest to trudne – przecież stosunkowo nowe, a ponoć wszystko, co nieznane, budzi jakiś opór – jestem przekonana, że możliwe do realizacji.

Co pozostało mi z okresu gimnazjalnego? Żal do Pani z matematyki, że poniżała nas przy tablicy, tłumacząc, jakimi jesteśmy głąbami. Złość do chemiczki, bo nie wymagała od nas absolutnie niczego. Rozczarowanie dyrekcją, która nie wyznaczyła nam odpowiedniego zastępstwa na czas długiej nieobecności Pani od fizyki. Zdziwienie, gdy zgłaszając nauczycielowi dyżurującemu fakt palenia papierosów w ubikacji, usłyszałam: „Teraz jem drożdżówkę”. Smutek z powodu braku wiary w mój talent humanistyczny.  Kółko taneczne, na którym chwalone były tylko dwie osoby. Smutek na twarzy nauczycielki niemieckiego, która nie potrafiła zapanować nad klasą. Jednak najbardziej, naprawdę najbardziej pamiętam Panią Elę. Polonistkę, która – przyłapując mnie na ściąganiu – powiedziała: „Przecież bez problemu sobie z tym poradzisz. Po co to robisz?”. Polonistkę, której mogłam ufać, mówić o swoich lękach. Osobę, która była przede wszystkim człowiekiem – i swoimi zachowaniem nauczyła mnie nie tylko obłędnie trudnej gramatyki, lecz (przede wszystkim) odrobiny życia.

Dlatego dziwię się nauczycielom, którzy niewiele robią, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat pracy z młodzieżą. Jaki jest sens gonienia za kolejnymi papierkami studiów podyplomowych, skoro nie potrafimy wykorzystać w swoim działaniu elementów, przykładowo, terapii behawioralnej? Ilu z nas interesuje się fundacjami wspierającymi edukację, ilu z nas – NAUCZYCIELI – zwraca się do specjalistów z prośbą o pomoc? Wreszcie – ilu z nas woli powiedzieć „Tutaj nic nie da się zrobić”? Przecież tak jest i łatwiej, i szybciej. A i współczucie innych się znajdzie.

Nie skomentuję więc wypowiedzi części pedagogów, których "poznałam" w artykule Pani Święchowicz. Uważam, że określenie "nauczyciel" jest w tym przypadku sporym nadużyciem.  Za dużym, jak na liczbę osób ambitnych, które chętnie podjęłyby się pracy w szkole.