30 sierpnia 2011

WARTOŚCI DO LAMUSA

Dobro, piękno, prawda i ich pochodne z dnia na dzień spadają w rankingach ważności. Kiedy nadejdzie moment, w którym nadzieję związaną z tym, że kryzys wychowania jest możliwy do przezwyciężenia, zaczniemy przekładać na konkretne działania?  

Butelki rozrzucone pod blokiem, pety gaszone na klatkach schodowych, przekleństwa wchodzące w skład coraz większej liczby wypowiedzi…– co rusz zauważamy niedostatki współczesnego wychowania.  Stopniowo dobro, zło i wartość moralna, przekształcają się w puste dźwięki. Dlaczego rzeczywistość, którą z uporem tworzymy, przestaje nam się podobać? Czyżby nadszedł przełomowy moment uświadomienia sobie, że osoba nie może być środkiem, tylko celem?

W chwilach całkowitego załamania  – stety czy niestety zdarzają się one każdemu – przestaję wierzyć, że w szkole będzie pięknie, radośnie i dobrze. Czy jest to możliwe, skoro nadal większość społeczeństwa uważa, że solidna placówka to ta, w której dzieci uczą się więcej niż w pozostałych, a wyniki egzaminów wyróżniają się na tle – co najmniej – województwa. Przykre, że edukacja przestaje być okazją do zainteresowania maksymalizowaniem swojego rozwoju. Zamiast kierować się wartościami, których brak odczuwamy w życiu codziennym, skupiamy się na dyscyplinie, pilności i obowiązkowości. W  jakich badaniach stwierdzono, że uczeń, który bez problemu wyrecytuje wiersz czy w mgnieniu oka poradzi sobie z algorytmami, będzie starał się nie krzywdzić drugiego człowieka? Kiedy udowodniono, że uczeń, który znajomość języka angielskiego ma opanowaną w stopniu zaawansowanym, powstrzyma się przed kradzieżą, pobiciem czy nieuczciwością?

Nie zaprzeczam, że wiedza jest ważna, jednak dobrze byłoby, gdyby do podstawowych zadań szkoły dołączyć choćby rozwijanie wrażliwości na odrzucenie patologii w stosunkach międzyludzkich,  doświadczenie przez uczniów tego, że są ważni i potrzebni w społeczeństwie,  wspieranie inicjatywy i samodzielności. Jak młodzież ma uczyć się skutecznie, jeśli brakuje jej poczucia akceptacji, bezpieczeństwa oraz wiary w siebie i w swoje umiejętności?

Momenty kryzysowe mijają szybko. Odrzucam złość na pseudopedagogów, którzy uważają się za świetnych tylko dlatego, że posługują się słownictwem niezrozumiałym dla innych. Przestaję narzekać na Ministerstwo Edukacji, niezaradnych dyrektorów i rodziców, którzy na temat swoich dzieci potrafią powiedzieć tyle, co nic. Biorę kartkę, zielonym długopisem zapisuję to, co mogę zrobić, aby było lepiej. Przecież samo się nie zmieni, prawda?

25 sierpnia 2011

BELFER POTRZEBNY OD ZARAZ

Gdzie Ci nauczyciele, prawdziwy tacy... – chciałoby się zaśpiewać za Danutą Rinn. Jak to możliwe, że będąc w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o odsetek wykształconych pedagogów, nie możemy ich znaleźć?

Edukacja niewzruszenie koncentruje się na przekazywaniu wiedzy teoretycznej. Stan ten nie zmienia się od lat, choć większość z nas doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Czy można temu zaradzić, skoro nawet nauczyciele, przygotowując się do nauki zawodu, nie nabywają umiejętności interpersonalny? Nie, jeśli o rozwój tych obszarów nie zadbają sami.

Cóż dziwnego w tym, że - w odróżnieniu od przedstawicieli innych profesji zaufania publicznego - pedagog jest tym, którego postrzega się pobłażliwie? Czy można inaczej wypowiadać się na temat kogoś, kto dyscyplinę w klasie potrafi utrzymać najczęściej poprzez wzbudzenie strachu? Na temat tego, który wiecznie jest obciążony papierkową robotą, przez co brakuje mu czasu na efektywne nauczanie swojego przedmiotu podczas lekcji? Przecież „dzieci są bardzo trudne, rozgadane, nie uważają, źle czytają, piszą z błędami, osiągają słabe wyniki w nauce i raczej nie rokują sukcesów”– takie środowisko musi powodować stres i frustrację. Przykre, że kreowanie tego otoczenia w większości zawdzięczamy nie komu innemu, jak właśnie nauczycielom.

Pamiętasz nauczyciela, który nie mówił źle o Tobie i Twoich kolegach? Tego, który zawsze szukał, co więcej, potrafił znaleźć dobre cechy nawet u najgorszych rozrabiaków? Opowiadającego ze wzruszeniem o - wydawałoby się - nieistotnych sprawach? Pamiętasz, jak wszyscy się do niego garnęli, bo dawał poczucie bezpieczeństwa, pomagając odnaleźć się w nowej rzeczywistości szkolnej? Podczas trwającej piętnaście lat edukacji miałam przyjemność poznać dwie takie osoby. Z uśmiechem smutku muszę przyznać, że jestem szczęściarą.

Nie od dziś wiadomo, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Dlaczego więc nadal – chyba nie przesadzę, jeśli przyznam, że wręcz w coraz większym stopniu - najważniejsze są programy i pieniądze, nie człowiek? Jakim prawem na niemal każdym kroku krytykujemy zagubionych piętnastolatków, skoro my, wiedząc, jak silnie słowa wpływają na relacje między ludźmi, zamiast wspierać i motywować, demobilizujemy i zniechęcamy? Wykorzystujemy uprzywilejowaną pozycję, odbierając tym samym możliwość stawiania pytań. Co to za mistrz, który koncentruje się tylko na sobie, redukując uczniów do roli biernych słuchaczy?

Nigdy nie wątpiłam w to, że nauczyciele mają ogromną wiedzę. Problem polega na tym, że nie potrafią komunikować się z uczniami. Nie wiedzą, co i jak mówić, by wyzwolić aktywność uczniów i zmotywować ich do nauki. Tym samym tkwią w schematach komunikacyjnych, które dają im poczucie władzy i uprzywilejowania. Tak jest łatwiej, szybciej, z mniejszą ilością problemów. Lepiej? A od kiedy w szkole musi być lepiej?

W ciągu dwóch lat studiów nauczyłam się, jak przekazywać wiedzę i realizować program. Niestety, moje wiadomości na temat wyzwolenia aktywności uczniów i zmotywowania ich do nauki nadal są znikome. Jednak walczę. Nie chcę, aby dialog pomiędzy mną a moimi uczniami był pozorny. I choć w naszym kraju od zawsze brakuje pieniędzy na oświatę, nieustannie trzeba dostosowywać się do zmiany struktur, programów i wymagań, chcę przyczynić się od tego, aby podopieczni nie kojarzyli szkoły z karą. Wybierając zawód nauczyciela, należy sobie uświadomić, że jesteśmy odpowiedzialni za wydobywanie z dzieci tego, co w nich najlepsze i najcenniejsze. Dlaczego tak niewiele osób o tym pamięta?

20 sierpnia 2011

ROBOT NA MIARĘ WSPÓŁCZESNOŚCI


Wykorzystanie wiedzy w praktyce na każdym egzaminie okazuje się piętą achillesową. Komu wreszcie uda się zaprogramować tę pożądaną funkcję?

Zajęci karierą zawodową, stawiamy coraz większe wymagania dzieciom. Pociechom, które równie często przynoszą nam wstyd przed znajomymi, jak radość. Przecież nie zawsze są perfekcyjni, nie zawsze zdobywają najlepszą posadę, nie zawsze prześcigają swoich rówieśników. Brak wyróżniania się w zmaganiach, które nieprzerwanie trwają od czasów przedszkolnych, oznacza brak sukcesu,  a w rezultacie – wielką przegraną. Może zamiast rwać sobie włosy z głowy, najwyższy czas zwrócić uwagę na prawdziwy rozwój? 

Odkrywczym nie będzie stwierdzenie, że w szkole spotyka się wiele indywidualności. Nie bardziej odkrywcze będzie również to, że staramy się je zabijać, nie pozwalając, aby w zgodzie i porozumieniu uczyli się oraz rozwijali. Dlaczego więc narzekamy na coraz gorsze zachowanie coraz młodszych dzieci często nawet kilkulatków, którzy rozpaczliwie proszą o zwrócenie na siebie uwagi, zrozumienie i szczerą rozmowę? Dlaczego narzekamy na brak zainteresowania i bierność? Czyżbyśmy widzieli nadzieję w tym, żeby Ci wrzuceni do worka o nazwie „trudni uczniowie”, rokowali jakąś nadzieją na przyszłość?

Inteligentni i pracowici, albo beznadziejne głąby. Jeśli rodzice oszczędzą nam takiego podziału, czeka on na nas w szkole. Indywidualny rozwój? Co z tego, że każdy kształtuje się inaczej? Masz to umieć i już. Nieważne, że wolisz przyglądać się renesansowym dziełom czy analizować budowę ślimaka. I matematyka, i chemia, i język polski, historia i WOS – wszystko musi być Twoją mocną stroną. Inaczej jesteś skreślony, nie zaliczasz się do grupy zdolnych uczniów. Dobry to ten, który potrafi wszystko. Systematyczny i bezkonfliktowy, aczkolwiek zaciekle broniący swojego zdania (koniecznie zgodnego z opinią nauczycieli czy rodziców). Tutaj nie ma miejsca na indywidualność.

Podnosimy więc swoje kompetencje na kolejnych kursach, szkoleniach, studiach podyplomowych. Inwestujemy czas w pracę i karierę, bo okazuję się, że mgr przed nazwiskiem nie jest żadnym wyróżnieniem. Znika gdzieś rozwój emocjonalny, tak jakby nagle przestał być ważny. Życie opiera się na nerwowej atmosferze pogoni związanej z dopisaniem kolejnego punktu do naszego CV. 

Nie ma sensu obarczać odpowiedzialnością za dzieci i ich zachowania rodziców, czy (co jest coraz popularniejsze) nauczycieli. To przykre, że na każdym kroku słyszy się negatywne opinie związane z polityką, złym programem, zbyt małą liczbą zajęć w szkołach. Nie twierdzę, że to jest idealne. Zdzieram głos, płaczę ze złości, przeklinam tych, którzy wprowadzają idiotyczne decyzje w nasze życie... a potem wracam do zapamiętywania zagadnień egzaminacyjnych, materiałów testowych, które zostaną porównane do klucza odpowiedzi. Systemu, w którym często nie ma innych ocen, jak dobrze - źle. Walczę o to, aby zaliczyli mnie do inteligentnych i pracowitych, choć w rzeczywistości wiem, że ten podział idealnie wkomponowałby się w dno śmietnika. Sprzeciw wyrażam stopniowo, drobnymi kroczkami, ostro za każdym razem obrywając po głowie. Przecież Ci bez stanowisk, głosu nie mają. Może najwyższy czas to zmienić? 

18 sierpnia 2011

SPRZECIW WSKAZANY


Ciągłe narzekanie, oprócz drastycznego pogorszenia humoru, nie przynosiło nic w zamian. Może warto byłoby przeznaczyć energię na coś bardziej konstruktywnego?

Jedni od zawsze chcą być piosenkarzami, inni od urodzenia wykazują predyspozycje taneczne. Moje od zawsze także istniało, jednak związane było z zawodem nauczyciela. Podbieranie nowych zeszytów rodzicom tylko po to, aby założyć dziennik lekcyjny, wszystkich bawiło. Podobnie jak biurko zrobione z deski do prasowania, czy ławki – stare krzesła z przyklejonymi zdjęciami. Zabawnie przestało być, gdy tuż przed maturą stwierdziłam, że moja dziecięca pasja zostaje kontynuowana: „filologia polska: z miłości do książek, dzieci, a przede wszystkim – z miłości do siebie”. Na kibicowanie w drodze po sukces liczyć nie mogłam.

Wiele lat zajęło mi uświadomienie sobie, że nauczyciel to nie zawód, lecz powołanie i nieustająca pasja. Nauka zaś (bo trzeba spojrzeć także z tej strony) nie jest przekazywaniem suchych faktów, lecz zamierzonym przewodnictwem, które nie dzieje się przypadkowo. Czy z taką wiedzą i zapałem mogłam napotkać większe trudności? Owszem – okazało się nimi zderzenie z rzeczywistością.

Dlaczego tak niewielu z nas decyduje się odważnie zaangażować na rzecz zmiany edukacji szkolnej? Czy naprawdę musimy oglądać się na innych – tych leniwych Państwa Poważnych, którzy będą pracowali dopiero wtedy, gdy dostaną podwyżkę? Czekamy na to, aż przedstawiciele centrum oświatowego zmienią współczesną szkołę? Ja z tych rozgrywek się wypisuję. Kontakt z bydgoskimi placówkami edukacyjnymi uświadomił mi, że są ludzie, którym zależy na wyjściu naprzeciw rzeczywistości, zmian w środowisku kształcenia. Na co więc czekać?

Dzielenie się swoimi myślami w Internecie jest krokiem ku zmianom. Wprowadzanie innowacji w nauczaniu jest konieczne, jednak zdaję sobie sprawę, że wielu nauczycieli, w których sercach pojawia się bunt, często wybierają wersję „lepiej przemilczeć”. Powinniśmy przeciwstawiać się żądnym władzy, goniącym za poklaskiem „prestiżowcom”, jednak zmiany zacznijmy wprowadzać w najbliższym środowisku. Może najwyższy czas zacząć mówić publicznie o zjawisku moralnego zła w postawach niektórych pedagogów? Wszak „Przede wszystkim obserwuj dzieci, ucz się je rozumieć i kochać, dopiero wówczas nauczysz je czytać.”