Stereotypy o wiecznym niezadowoleniu Polaków, stereotypami się być nie okazują. Codziennie udowadniają to rodzice, sąsiedzi, znajomi i całkiem obcy. Istnieje jedna nieścisłość: narzekania nie przekazuje się we krwi (cytując zdanie niektórych), kreujemy je sami. Każdego dnia na nowo.
Na popularnym portalu społecznościowym napisałam, że kocham Polskę. Liczyłam na pewien rodzaj refleksji, chwilowe zastanowienie się nad znaczeniem tych słów. Otrzymałam ciut wyzwisk, nieco więcej krytyki. Rzeczywiście, wśród niezadowolenia złymi politykami, trudno zrozumieć, że są tacy, którzy starają się zmienić ten kraj na lepsze. Przecież „nie warto”. Teraz „w cenie” jest narzekanie.
Polska szkoła kreowana jest od lat – z wyjątkami nielicznymi – w ten sam sposób. Klasy nie są odmalowane, ponieważ nie ma pieniędzy. Książek w bibliotece brakuje, bo rząd oszczędza na dzieciach. Lekcje są nudne tylko dlatego, że program ogranicza nauczycieli. A zimno w szkole? Przecież na ogrzewanie też brakuje pieniędzy! Czy pedagodzy rzeczywiście – pomimo szczerych chęci i ogromnego zaangażowania – nie są w stanie tego zmienić?
Okazuję się, że o wspomnianych chęciach i zaangażowaniu jest głośno. Jakby rozmowa na ten temat także była „w cenie”. Gorzej jest ze zrozumieniem, że – oprócz mówienia – wypadałoby coś zrobić. Choćby zorganizować konkurs na „najbardziej zieloną salę”, dzięki czemu w szkole pojawiłoby się więcej kwiatów. Powiesić na ścianach plakaty, które wykonują uczniowie. Zamiast roślinnych upominków na koniec roku, zaproponować kupno książek do biblioteki. Zimne parapety osłonić starymi kocami, aby uczniowie nie czuli wiatru. Przygotować się do zajęć, wykorzystując swoją kreatywność. Zbierać w klasie makulaturę, aby co jakiś czas móc kupić łakocie czy kredki dla młodzieży. Zmieniać, po prostu.
Ile razy rezygnujemy z działań, zaznaczając, że „to nie ma sensu, bo w Polsce i tak będzie źle”? Ile razy nie podnieśliśmy papierka na ulicy, bo „od tego są sprzątaczki”? Ile razy wyrzuciliśmy stare ubrania do pieca, narzekając na biedę w naszym kraju? Ile razy mówimy o fatalnej sytuacji, nie wkładając minimalnego wysiłku w zmianę tego, co nam się nie podoba?
Dla wielu z nas łatwiej byłoby żyć w kraju idealnym. Nie przyglądać się biedzie, za to wchodząc do sklepu, móc przeglądać się w kreacjach, które niebawem znajdą się w domowej szafie. Jeździć po równych drogach, nie czekać na autobus. Dużo zwiedzać, dużo czytać i oglądać. Najbardziej jednak chcielibyśmy – przynajmniej jakaś część z nas – codziennie widzieć uśmiechniętych ludzi. Tych, którzy są w stanie zrozumieć, że to my kreujemy środowisko, a zrzucanie wszystkiego na rząd, nie jest dobrym rozwiązaniem.
Zmieniajmy siebie. Przede wszystkim.
Na popularnym portalu społecznościowym napisałam, że kocham Polskę. Liczyłam na pewien rodzaj refleksji, chwilowe zastanowienie się nad znaczeniem tych słów. Otrzymałam ciut wyzwisk, nieco więcej krytyki. Rzeczywiście, wśród niezadowolenia złymi politykami, trudno zrozumieć, że są tacy, którzy starają się zmienić ten kraj na lepsze. Przecież „nie warto”. Teraz „w cenie” jest narzekanie.
Polska szkoła kreowana jest od lat – z wyjątkami nielicznymi – w ten sam sposób. Klasy nie są odmalowane, ponieważ nie ma pieniędzy. Książek w bibliotece brakuje, bo rząd oszczędza na dzieciach. Lekcje są nudne tylko dlatego, że program ogranicza nauczycieli. A zimno w szkole? Przecież na ogrzewanie też brakuje pieniędzy! Czy pedagodzy rzeczywiście – pomimo szczerych chęci i ogromnego zaangażowania – nie są w stanie tego zmienić?
Okazuję się, że o wspomnianych chęciach i zaangażowaniu jest głośno. Jakby rozmowa na ten temat także była „w cenie”. Gorzej jest ze zrozumieniem, że – oprócz mówienia – wypadałoby coś zrobić. Choćby zorganizować konkurs na „najbardziej zieloną salę”, dzięki czemu w szkole pojawiłoby się więcej kwiatów. Powiesić na ścianach plakaty, które wykonują uczniowie. Zamiast roślinnych upominków na koniec roku, zaproponować kupno książek do biblioteki. Zimne parapety osłonić starymi kocami, aby uczniowie nie czuli wiatru. Przygotować się do zajęć, wykorzystując swoją kreatywność. Zbierać w klasie makulaturę, aby co jakiś czas móc kupić łakocie czy kredki dla młodzieży. Zmieniać, po prostu.
Ile razy rezygnujemy z działań, zaznaczając, że „to nie ma sensu, bo w Polsce i tak będzie źle”? Ile razy nie podnieśliśmy papierka na ulicy, bo „od tego są sprzątaczki”? Ile razy wyrzuciliśmy stare ubrania do pieca, narzekając na biedę w naszym kraju? Ile razy mówimy o fatalnej sytuacji, nie wkładając minimalnego wysiłku w zmianę tego, co nam się nie podoba?
Dla wielu z nas łatwiej byłoby żyć w kraju idealnym. Nie przyglądać się biedzie, za to wchodząc do sklepu, móc przeglądać się w kreacjach, które niebawem znajdą się w domowej szafie. Jeździć po równych drogach, nie czekać na autobus. Dużo zwiedzać, dużo czytać i oglądać. Najbardziej jednak chcielibyśmy – przynajmniej jakaś część z nas – codziennie widzieć uśmiechniętych ludzi. Tych, którzy są w stanie zrozumieć, że to my kreujemy środowisko, a zrzucanie wszystkiego na rząd, nie jest dobrym rozwiązaniem.
Zmieniajmy siebie. Przede wszystkim.