26 lutego 2012

SZKOŁA NARZEKANIA

Stereotypy o wiecznym niezadowoleniu Polaków, stereotypami się być nie okazują. Codziennie udowadniają to rodzice, sąsiedzi, znajomi i całkiem obcy. Istnieje jedna nieścisłość: narzekania nie przekazuje się we krwi (cytując zdanie niektórych), kreujemy je sami. Każdego dnia na nowo.

Na popularnym portalu społecznościowym napisałam, że kocham Polskę. Liczyłam na pewien rodzaj refleksji, chwilowe zastanowienie się nad znaczeniem tych słów. Otrzymałam ciut wyzwisk, nieco więcej krytyki. Rzeczywiście, wśród niezadowolenia złymi politykami, trudno zrozumieć, że są tacy, którzy starają się zmienić ten kraj na lepsze. Przecież „nie warto”. Teraz „w cenie” jest narzekanie.

Polska szkoła kreowana jest od lat – z wyjątkami nielicznymi –  w ten sam sposób. Klasy nie są odmalowane, ponieważ nie ma pieniędzy. Książek w bibliotece brakuje, bo rząd oszczędza na dzieciach. Lekcje są nudne tylko dlatego, że program ogranicza nauczycieli. A zimno w szkole? Przecież na ogrzewanie też brakuje pieniędzy! Czy pedagodzy rzeczywiście – pomimo szczerych chęci i ogromnego zaangażowania – nie są w stanie tego zmienić?

Okazuję się, że o wspomnianych chęciach i zaangażowaniu jest głośno. Jakby rozmowa na ten temat także była „w cenie”. Gorzej jest ze zrozumieniem, że – oprócz mówienia – wypadałoby coś zrobić. Choćby zorganizować konkurs na „najbardziej zieloną salę”, dzięki czemu w szkole pojawiłoby się więcej kwiatów. Powiesić na ścianach plakaty, które wykonują uczniowie. Zamiast roślinnych upominków na koniec roku, zaproponować kupno książek do biblioteki. Zimne parapety osłonić starymi kocami, aby uczniowie nie czuli wiatru. Przygotować się do zajęć, wykorzystując swoją kreatywność. Zbierać w klasie makulaturę, aby co jakiś czas móc kupić łakocie czy kredki dla młodzieży. Zmieniać, po prostu.

Ile razy rezygnujemy z działań, zaznaczając, że „to nie ma sensu, bo w Polsce i tak będzie źle”? Ile razy nie podnieśliśmy papierka na ulicy, bo „od tego są sprzątaczki”? Ile razy wyrzuciliśmy stare ubrania do pieca, narzekając na biedę w naszym kraju? Ile razy mówimy o fatalnej sytuacji, nie wkładając minimalnego wysiłku w zmianę tego, co nam się nie podoba?

Dla wielu z nas łatwiej byłoby żyć w kraju idealnym. Nie przyglądać się biedzie, za to wchodząc do sklepu, móc przeglądać się w kreacjach, które niebawem znajdą się w domowej szafie. Jeździć po równych drogach, nie czekać na autobus. Dużo zwiedzać, dużo czytać i oglądać. Najbardziej jednak chcielibyśmy – przynajmniej jakaś część z nas  – codziennie widzieć uśmiechniętych ludzi. Tych, którzy są w stanie zrozumieć, że to my kreujemy środowisko, a zrzucanie wszystkiego na rząd, nie jest dobrym rozwiązaniem.

Zmieniajmy siebie. Przede wszystkim.

24 lutego 2012

NIE DLA UCZNIA

Choć wielu z nas doskonale odróżnia to, co prawdziwe, od totalnych bzdur, powielamy błędy, nie ukrywając przy tym swojej satysfakcji. Przykłady szkolne, często irytujące, a zarazem pomijane w kategorii „problemów”, podają wiele tego typu zachowań. Wystarczy zadać sobie pytanie: Ile razy słyszeliśmy od nauczyciela, że w tej chwili mamy usiąść na swoim miejscu, ponieważ przerwa nie jest dla nas?

Czterdzieści pięć minut potrafi przeistoczyć się w wieczność. Wiedzą o tym uczniowie, którzy już na początku lekcji zastanawiają się, co będą robić. Pomysły są różne: sudoku, telefon komórkowy, czytanie przyniesionych z domu książek (o dziwo, także na języku polskim), rozmowy z koleżanką (popularne liściki, żeby nie drażnić nauczyciela)… Nie zapominajmy także o zawodach: wyścigach do ławek. Cóż, ci, którzy nie wykażą się sprytem, skazani są na „przody”, więc mniejsze możliwości do swoich działań.

Minuta za minutą, kółko za krzyżykiem, strona za stroną… – lekcja mija. Nadchodzi wymarzony dzwonek. Uśpieni monologiem uczniowie często nie mają nawet siły wybiegać na holl. Mozolnie podnoszą tornistry, niedbale wrzucają książki i… słyszą, że przerwa wcale nie jest przeznaczona dla nich. Oni powinni siedzieć i słuchać, bo ćwiczenie nie zostało wykonane. Jakim prawem ktokolwiek z nich pomyślał, że nadszedł czas na odpoczynek? „Kpina z nauczyciela, po prostu, kpina, moi drodzy!”.

Dla mnie jednak kpiną jest traktowanie młodzieży w taki sposób. Posuwanie się do hipokryzji, tłumacząc im, że przerwa istnieje tylko po to, aby wymienić dzienniki. Tłumacząc, jednocześnie jedząc kanapki, chodząc do toalety, rozmawiając z koleżanką, pisząc wiadomość, przeglądając gazetę, spacerując po korytarzu… Skoro przerwa nie ma takiego zastosowania, dlaczego jest nadużywana przez pracowników szkoły?

Ogromna rola odpoczynku ma znaczenie nie tylko w podstawówce czy gimnazjum. Doceniają ją także studenci, którzy po godzinie czy dwóch, przestają notować, zajmując się rzeczami niezwiązanymi z zajęciami. „Wyłączenie” przychodzi mimo chęci. Organizm po prostu domaga się tego, co mu się należy.

Pomimo pedagogiki, dydaktyki i psychologii, niektórzy nauczyciele nie posiadają elementarnej wiedzy w tej kwestii. Nie należy ich za to winić – wszak w szkole wszyscy powinniśmy się uczyć. Przestańmy więc milczeć w sytuacjach, które nie powinny mieć miejsca. Czasami zwrócenie uwagi w sposób kulturalny, rozmowa o potrzebach, są w stanie wiele zmienić. Gdy i to nie zadziała – szukajmy pomocy gdzieś indziej. Pewnym jest, że nie możemy zgadzać się z tymi, którzy racji nie mają.


1 lutego 2012

CZAS ROZLICZEŃ

Styczeń to nie tylko etap podsumowań w szkołach wyższych - także dla uczniów okres ten staje się intensywniejszy. Ilu nauczycieli, przy okazji, stara się stworzyć bilans minionych miesięcy, wypisując w myślach dydaktyczne sukcesy i porażki?

Sesja zadziwia. Okazuje się, że niektóre wpisy są rozdawane, o inne trzeba zaciekle walczyć, zarywając noce. Niestety, coraz mniej tych, które w jakiś (wręcz: jakikolwiek) sposób świadczą o naszych staraniach, zdobytej wiedzy (nie w sensie: wykutej i zapomnianej dwa dni po egzaminie) i umiejętnościach. Niezmiennie natomiast (choć obserwuję to już trzeci rok!) zaskakują mnie ci, którzy nagle, po kilkunastu spotkaniach, przypominają sobie, że „trzeba sprawdzić wiedzę”. To nic, że przez parę miesięcy systematycznie pokazywali, że nie chcą nas niczego nauczyć. Nie zwracali uwagi na znudzonych studentów, zamieniali ćwiczenia w pogawędki z samym sobą bądź prezentacje multimedialne. To nic, że nie przygotowywali się do zajęć, często twierdząc, że „przedmiot został im wciśnięty na siłę”. Od rozbudzenia zainteresowań w młodych ludziach łatwiejsza była droga numer dwa – często wybierana przez tych, dla których literki „dr” przed nazwiskiem świadczą o wartości człowieka.

Problemu tego nie można bagatelizować w przypadku szkół. Choć nie jest zauważalny na taką skalę – maskują go systematycznie pojawiające się oceny – istnieje. Magiczne zeszyty, referaty, czytanie podręczników, dyktowanie książek – któż się z tym nie spotkał? Przecież „jeśli nie umiesz, to Twój problem; ja to mówiłem”.

Na swojej edukacyjnej ścieżce spotkałam kilku nauczycieli, którzy sprawiali, że wracając ze szkoły, wchodziłam do biblioteki, aby wypożyczyć książki. Dzięki Nim chciałam znaleźć „coś więcej” na temat poruszanych zagadnień. O dziwo, dotyczyło to także historii, której wcześniej nie tolerowałam. Związane to było również z innymi przedmiotami, uważanymi za nudne, wręcz „niepotrzebne w dzisiejszej szkole”.  Okazało się, że problemem nie była treść, lecz sposób jej przekazywania.

Koniec semestru, czas rozliczeń – czy tylko dla uczniów?