Prześwietlanie zawartości sklepików szkolnych staje się – głównie za sprawą mediów – coraz modniejsze. Rodzice zaczynają zauważać to, co oferują dzieciom szkoły. Czy jednak tylko o zauważanie powinno tutaj chodzić?
Zdrowego odżywiania w wielu szkołach jest tyle, ile zdąży się przekazać na lekcjach biologii lub gazetkach ściennych. Życie codzienne weryfikuje te poglądy. Wiele placówek zachęca swoich podopiecznych do skonsumowania pysznej, ociekającej serem i ketchupem zapiekanki, małej paczki chipsów czy „zdrowej” pszennej kanapki, polanej sosem czosnkowym. Wyrzuty sumienia u sprzedających się nie pojawiają, gdyż „dzieci to lubią”. Czy dyrektorzy szkół, mający wpływ na towary, które sprzedawane są w sklepiku, także to polubili?
Rodzice milczą, uczniowie się cieszą. Szybko i za niezbyt wygórowaną kwotę mogę kupić coś, co „poprawia humor”. Wielu (?) jeszcze problem otyłości nie dotyczy, a rzucane przez osoby starsze „powinieneś dbać o zdrowie” wydaje się staroświecką paplaniną. Dlaczego młoda osoba, sprawna fizycznie, nie miałaby wypić dwóch puszek coli, zjeść zapiekanki, batonika i lizaka? W bilansie dziennym to wcale nie jest dużo, a i smakuje lepiej niż warzywa, i bez problemu można to kupić. Negowanie takiego przekonania jest bardzo trudne – przecież inni to popierają.
Argumentem, który „nie pozwala” na zakup zdrowych produktów, często jest cena. Interesując się tematem sklepików szkolnych, starałam się zwrócić na to uwagę. Wcześniejsze przekonanie o tym, że „to, co lepsze” jest droższe, uciekło. Okazało się, że hurtownie mają w swoich ofertach wiele produktów, które nie zawierają konserwantów i dodatku cukru. Dlaczego od nich uciekamy? Najłatwiej chyba wybrać to, co znane. Puszyste serki, czekoladowe wafelki i kolorowe napoje są promowane na całym świecie. Jak przekonać młodzież do jabłka, nasion słonecznika czy jogurtów?
Sposoby, choć często odkrywane z oporem, są ogólnodostępne. Czasami wystarczy przygotować gablotę, gdzie obok butelki słynnej Pepsi, umieści się worek cukru – równowartość tego, ile w danym napoju go znajdziemy. Innym razem – wzbogacić cennik o „informacje witaminowe”, na przykład: „Jedząc dane warzywo, przyczyniasz się do poprawy stanu Twojej cery”. Banalnym pomysłem wydają się herbaty mrożone (przygotowanie lodu i zielonego wywaru nie wydaje się być skomplikowane, a niesie dużo więcej korzyści niż słodzone podróbki znajdujące się w szkolnych automatach) czy soki robione na miejscu.
Minie sporo czasu, nim ludzie zrozumieją prawdę zawartą w słowach: „Jesteś tym, co jesz”. Tym bardziej więc powinniśmy pamiętać o tym, że pomaganie im w dokonywaniu codziennych wyborów jest niezwykle ważne.
dobrze że komentujesz także takie sprawy to ważne pozdrawiam
OdpowiedzUsuńDziękuję!
UsuńSandro Droga,
OdpowiedzUsuńnawet nie wiesz, jak mnie to irytuje w szkole u mojej córki! Jak mam wytłumaczyć dziecku, że nie dam jej pieniążków do sklepiku, skoro koledzy i koleżanki mają? Płacz, nerwy - szkoda gadać. Poruszałam temat na zebraniu, efektów zero.
Magda,
Usuńmoże trzeba poruszyć jeszcze raz? Może więcej, głośniej...?
Wielu nauczycieli nie zaprząta sobie głowy tym, co dzieci kupują na przerwach. Bo w końcu to nie ich dzieci, nie ich pieniądze i nie ich problem. Czy tak do końca nie ich? Sama nie wiem, czy mnie by to interesowało (i jak to o mnie świadczy, jako o nauczycielu?), ale mój profesor na zajęciach z glottodydaktyki przy charakteryzacji współczesnych uczniów zwrócił też uwagę na problem, który jest związany z tym, co opisujesz. Uczniowie, którzy żywią się tym, co jest oferowane przez szkolne sklepiki (ale mam na myśli tu nie tylko tych, którzy jedzą rzeczy zakupione w danym sklepiku, ale oczywiście też tego typu rzeczy, które przynoszą z domu do szkoły, jak batoniki, czekoladki itp.) są nadmiernie pobudzeni ze względu na wysoką zawartość węglowodanów w tych produktach. Dzieci są przez to ożywione i pobudzone, co przyczynia się do tego, że "łatwiej i chętniej" (wiem, że to śmiesznie brzmi w tym kontekście) im przychodzi przeszkadzanie np. w lekcji, ponieważ trudniej im usiedzieć spokojnie na miejscu. Wydaje mi się, że jest w tym sporo racji, chociaż nie wiem, jakimi badaniami jest to potwierdzone. Więc może warto zwrócić uwagę nauczycieli na ten problem od tej strony, która niejako ma z nimi związek? Wydaje mi się, że popularne powiedzonko "dla chcącego nie ma nic trudnego" można śmiało zastosować do tej sytuacji.
OdpowiedzUsuńKlaudia,
Usuńproblem jest istotny. Jak sama zauważyłaś, nie chodzi tutaj tylko o piękna cerę czy oszczędność. I rownież zgadzam sięz tym, że w tym wypadku "dla chcacego nie ma nic trudnego". Szkoda, że tak trudno o wspomniane chęci.
Temat zdrowego odżywiania - temat rzeka.. ale i tak zauważam , że w PL coraz łatwiej znaleźć w sklepach zdrowe zamienniki złych nawyków - np chrupiace plasterki pomidora zamiast chipsów :)
OdpowiedzUsuńAghapimetka,
Usuńmasz rację, w Polsce temat ten się rozwija, jednak nadal w szkołach go za mało. Ostatnio przeglądałam chrupiace plasterki marchewki - dodano do nich cukier, sól, substancje konserwujące... Jak dla mnie za duże tego, czego być nie powinno.
Temat stary jak świat, od czasu do czasu poruszany w mediach, odkąd pamiętam ... i nic to nie daje. Może na krótko ... a potem jest dalej "po staremu" - batoniki, chipsy, cola, etc. Jednym słowem - to jest jak walka z wiatrakami.
OdpowiedzUsuńW przypadku szkół publicznych może potrzebna jest odgórna regulacja ? No, ale jeśli to takie proste to dlaczego do dziś jest tak jak jest ?
Grzegorz,
Usuńna to, co będzie sprzedawane w sklepikach, duży wpływ mają ci, którzy zarządzają daną placówką. Niestety, często nic w tym kontekście nie robią.
W jednej z bydgoskich podstawówek zlikwidowali sklepik (bo było dużo niezdrowych rzeczy, a zdrowe by się nie przyjęły). Cel bez zarzutów (lepiej zlikwidować niż sprzedawac te paskudztwa), jednak po tygodniu (!) zamówiono do szkoły automaty z batonikami, chipsami i słodkimi napojami. Rodzice się zbuntowali, po dwóch miesiącach automaty zostały usunięte. Może jednak nie jest to walka z wiatrakami?
Ech... z bólem serca to czytam i fakt faktem niestety sama prawda w tej Twojej notce. Ludzie nie zwracają dużej uwagi na to co jedzą dzieci a potem się dziwią że jest tyle otyłych dzieci.
OdpowiedzUsuńWiolka,
Usuńotyłych = ... (tyle można byłoby tutaj wypisać!)
Pozdrawiam!
W zasadzie to sklepiki bazują tylko na tym czego uczymy się w domach... Większość dzieci woli w dzisiejszych czasach słodycze od warzyw i colę od domowych soków... Cóż... Takie czasy - można by rzec.
OdpowiedzUsuńSklepiki szkolne sprzedają to na co jest popyt tak jak każde inne sklepy. Wyobrażacie sobie np. sklep z rowerami, w który sprzedaje się 2 rodzaje super szybkich kół i 60 rodzajów kasków? Kaski są lepsze niż rowery, dają bezpieczeństwo, ratują zdrowie i życie, powinno być ich więcej, nie?
Ale cóż z tego, jeśli użytkownicy jednośladów wolą jeździć na super szybkich kołach i bez kasków niż dbać o zdrowie :)
Myślę, że zmianę żywienia dzieci trzeba by zacząć od zmian w domu - dziecko nauczone, że słodycze są niezdrowe, może chętniej weźmie z domu owoce niż słodycze. A kiedy w sklepikach przestaną schodzić słodycze i kolorowe napoje sklepikarze będą musieli zmienić je na produkty, na które będzie zapotrzebowanie.
Mikołaj,
Usuńmasz rację, spojrzałeś na ten problem głębiej, szukałeś przyczyn. Ja staram się podsuwać pomysł na zmiany w szkole, a uważam, że szkoła - sprzedając takie towary - akceptuje niezdrowe jedzenie na swoim terenie. Po prostu takie zmiany, mimo wszystko, wprowadzić łatwiej, niż "zaszczepić w rodzicach" potrzebę zdrowego odżywiania.
Pozdrawiam!
P.S. Rowery też zapewniają zdrowie. Batony, chipsy, cola - niekoniecznie. ;)
Na pewno jacyś pseudo naukowcy odkryją, że cola i chipsy zapobiegają jakimś chorobom... :P
UsuńOtwórz jadłodajnię, bo piszesz, jakbyś chciała, a nie mogła.
OdpowiedzUsuńp.s. uczelniany bufet jest słabym ekwiwalentem szkolnego sklepiku!przy okazji - skoro już męczysz swój wywód, bazując na bufetowym asortymencie, to zechciej może zauważyć, że dostać tam można ciemne pieczywo oraz sałatkę z tak bardzo gloryfikowanych przez ciebie warzyw.
xoxo PS 2 Odkrywaj inne kontynenty, bo molestujesz już te swoje ameryki. wszystkie gazety już o tym pisały i wszystkie telewizje o tym trąbiły. Przestań odgrzewać stare kotlety, jeśli interesuje cie zdrowy tryb żywienia.
N.F.B.,
Usuńzachęcam do czytania ze zrozumieniem - nie wspomniałam o bufecie uczelnianym. Ponadto warto zapoznać się ze skladnikami sałatki (sosem, smażonym mięsem, cukrem...). To również zaliczasz do zdrowych warzyw?
Odkrywam to, czego odkrycia potrzebuję.
Pisz ze zrozumieniem, najwyższa pora.
OdpowiedzUsuńNie wiem, o czym chciałaś napisać, ale najprawdopodobniej o bufecie napisałaś, bo to wygląda treściowo na więcej niż analogię.
Pokaż mi zdrowe warzywo.
W świecie, gdzie wszystko spryskiwane jest wszystkim - pokaż mi zdrowe warzywo.
Odkrywaj sobie.
Po prostu przestrzeni innych ludzi tym nie męcz.
Dziwne, że z adresu IP osoby, która się rzekomo męczy, jest bardzo dużo wejść na blog. Jakiś rodzaj "masochizmu"? :) Pozdrawiam
UsuńCiekawe czy osoby, które tak bardzo chcą wprowadzać "zdrową żywność" do sklepików szkolnych same stosują taką dietę. Jak bardzo wiarygodny byłbym ja, pijący hektolitry energy drinków, kawy, jedzący na śniadanie batona z chipsami. Robię tak teraz, robiłem w szkole a nie wiem co to nadwaga. Może zamiast szukać diety cud wystarczy więcej się ruszać. Nic dziwnego, że dzieci mają nadwagę jak muszą siedzieć całymi dniami na d... :) w szkole, słuchając często nikomu nie potrzebnych regułek. Na zabicie nudy nie ma nic lepszego niż słodziutki batonik z orzechami :) a popity colą to już w ogóle niebo w gębie. Moim zdaniem lekcje WF-u powinny być w szkołach codziennie, mam nadzieję, że teraz tak jest, bo za moich czasów to były 2-3 godz. w tygodniu. Najlepiej na początku zajęć, bo po wysłuchaniu nudnego wykładu zdesperowanego nauczyciela, który sam obżerał się chipsami i batonami, odechciewa się ćwiczyć :)
OdpowiedzUsuńKamil,
Usuńoczywiście, ruch jest ważny, ale na dietę także trzeba zwracać uwagę. Uważam, że słodycze jedzone z umiarem nie są na tyle szkodliwe, aby całkowicie je wykluczać, jednak jadłospis: batonik, czekoladowe płatki śniadaniowe, zapiekanka, cola, chyba nie są odpowiednie (nie chodzi tylko o otyłość).
Zajęcia w.f. są 2-3 razy w tygodniu. Zajęć, które ja pamiętam, nie chciałabym mieć częściej: nudno, schematycznie. Coś na zasadzie: rzucam wam piłkę, pograjcie (choć miałam okazję poznać fantastycznego nauczyciela wychowania fizycznego - codziennie miał zajęcia dodatkowe, ponieważ wiele osób chciało u niego ćwiczyć, a to przy innym rozplanowaniu nie byłoby możliwe ;)).
Tak więc warzywa i owoce są dobre, ale "zakaz jedzenia slodyczy do końca życia" nie jest wskazany. Pozdrawiam! ;)
czy widzial ktos program z Jamie Kennedy'm jak proboal reformowac zywienie w hamerykanskich szkolach?
OdpowiedzUsuńzle zywienie to nie tylko wina szkol ale i rodzicow/rodzin.
jamie stawial dzieciom tace pelen zdrowego zarcia a one nie wiedzialy co to jest, preferujac trucizne, znana im z domu.
najsmieszniejszy byl fakt, ze wg hamerykanskiego departamentu zarcia, "frytki = ziemniakom" oraz "pizza = warzywom"
Marcin,
Usuńtak, masz rację, absolutną, z rodzicami także trzeba pracować. Także, nie tylko.
Jakiś rodzaj inkwizycji.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam również.
A najgorsze jest to, że takie jedzenie to nie tylko dobijanie się w sensie fizyczno - zdrowotnym. Nadwaga, nadciśnienie, to jedno, ale udowodniono, że faszerowanie sie plastikowym jedzeniem odbija się źle również na koncentracji, zdolności uczenia się. Spada więc, o ironio, wydajność nauki! Sztuczna chemia zawarta w takiej żywnosci zmienia naszą własną biochemię, co skutkuje trudnościami w skupieniu uwagi, nadpobudliwością... Powinno i tym uczyc na chemii lub biologii.
OdpowiedzUsuńW wolnej chwili polecam: http://piekielni.pl/28266#comments
Odnajdziesz-siebie,
Usuńprzede wszystkim o takich rzeczach powinniśmy się uczyć. Zastosowania w codzienności tego, czego uczyłam się na chemii, jeszcze nie odkryłam.
Niestety, strona nie działa. Mogę prosić o powtórzenie?