17 kwietnia 2012

CIĘŻKOSTRAWNI RODZICE

Jeśli nie jesteście w stanie poradzić sobie z dojrzewającymi dziećmi, a nastolatki mają dość swoich starych (…) zgłoście się do Surowych Rodziców. – telewizja TVN głośno promuje swój nowy program. Czy rzeczywiście w ciągu miesiąca można zmienić nastolatka, któremu wcześniej nikt nie chciał/nie mógł pomóc?

W minioną niedzielę wyemitowano kolejny odcinek programu. Kolejny raz młodzi i zbuntowani zostali wysłani do wzorowej rodziny („ostatniej deski ratunku”), aby dowiedzieć się, jak powinni żyć. Skreśleni już na starcie, zaczęli wykonywać polecenia swoich nowych opiekunów. Obserwujemy więc – kolejny raz – patriarchalny model rodziny (model, który – według założeń programu – sugeruje, że tak można dobrze wychować dziecko). Dzieci robią to, co muszą, dowiadując się przy okazji, że złe relacje z mamą czy tatą są ich winą. Nikt nie zastanawia się nad tym, że członkowie rodziny mającej problem powinni zgłosić się do psychologa, nikt nie szuka prawdziwego źródła sporów. Z góry założono, że rodzice są dobrzy, dzieci – źli.

Komentarzy na temat kontrowersyjnego programu nie brakuje: „Taki słaby, polski odpowiednik, bodajże amerykańskiego programu, gdzie wysyłali właśnie takie dzieciaki na jakieś odludzie, aby przechodziły pewien program... pod okiem specjalistów, psychologów i trenerów. A ich praca związana była z podstawowymi potrzebami, a nie "widzimisię" jakichś ludzi o posprzątaniu w oborze. A tutaj trafiają do jakichś rodzin, które wiedzą tyle o wychowaniu, co "ojciec ma zawsze rację" i po 21 oddajemy komórki i gasimy światło.” Ochoczo wypowiadają się także eksperci. Dla przykładu: Profesor Wiesław Godzin z SWPS podsumował pomysł z programem jako chybiony: „Sukces Niani polegał na tym, że uczyła rodziców, a nie dzieci. Jednak w tym programie rodzice pokazują bezradność (…) chodzi o to, by dorośli nie kłamali i traktowali dzieci jak dorosłych, byli otwarci i szczerzy. Potrzeba zatem ciepła zrozumienia i partnerstwa, a nie nadętej surowości, którą widzimy w tym programie.”

Pomimo wielu podobnych zarzutów, znajdziemy także pochlebne opinie. Psycholog dziecięca Marta Rylsko-Pabuła (współpracująca przy produkcji "Surowych rodziców"), dzielnie odpowiada na negatywne komentarze, szukając kolejnych argumentów, które wyniosą nowy program na piedestał: „Lata 70. ubiegłego wieku przyniosły nowy trend, który powszechnie nazywano "bezstresowym wychowaniem". Sądzono, że dzieci można traktować partnersko. Efektem było zatracenie granic i nadmierne poluzowanie więzi. Współcześni psychologowie rozwojowi wiedzą, że zarówno postawa nadmiernego autorytetu, jak również nadmiernego liberalizmu nie sprzyja wychowywaniu (…) W programie chcemy pokazać, że dyscyplina i autorytet to dwie wartości, które sprzyjają wychowaniu. Błędem jest wychodzenie z założenia, że dzieci mają własną odpowiedzialność, wiedzę i umiejętności do tego by podejmować decyzje. Tej odpowiedzialności dopiero się uczą i wymagają obecności rodziców. W programie pokazujemy nie tylko zbuntowanych nastolatków, ale także rodziców, którzy nie boją się być przewodnikiem, instruktorem czy wychowawcą.” Po zapoznaniu się z taką wypowiedzią, chce się krzyknąć: „Jakim wychowawcą?! Przecież to określenie wymaga czegoś więcej!”. Czy dla osoby, która nie pomaga w wykonywaniu obowiązków domowych, zasypanie zadaniami od siódmej rano jest nauką? Czemu służy zmuszenie dziewczyny, która nigdy nie wspierała rodziców w czynnościach codziennych, do obrania kilku kilogramów ziemniaków, umycia podłóg, wykonania ozdób na imprezę, której organizatorem nie jest…? W jakim celu zmusza się dzieci niewierzące do codziennej modlitwy? Dlaczego praca w polu uważana jest za jedną z podstawowych metod na „dobre wychowanie”? Gdzie miejsce na współpracę, ewentualnie kompromis? Czy można nim nazwać podejście: „Posprzątaj, to dostaniesz jedzenie”? Dlaczego całą odpowiedzialnością za to, jaka jest młodzież, obarcza się właśnie nią?  

Dwa lata temu na zajęciach pedagogicznych usłyszałam, że okres dojrzewania nie jest odpowiednim terminem na rozpoczynanie wychowania – to czas, w którym powinniśmy odcinać kupony od tego, co zrobiliśmy wcześniej.  Rzeczywiście, trudno wytłumaczyć nastolatkowi, że nagle zaczęliśmy go kochać i interesować się jego życiem, skoro wcześniej najważniejsze były dobre stopnie w szkole, wzorowe zachowanie i porządek w pokoju. Choć dziwne jest, że o wielu problemach zdajemy sobie tak późno sprawę, jeszcze dziwniejsze wydaje się zwracanie o pomoc do osób niekompetentnych, niedouczonych, stosujących metody, których zapewne sami nie chcielibyśmy doświadczyć.

Pozostaje wierzyć, że ci, którzy oglądają program, nie szukają w nim rad i wsparcia. W tym najlepiej mogą pomóc osoby odpowiednie (odpowiedzialne), których znalezienie nie okazuje się żadnym problemem.

10 kwietnia 2012

EGZAMINÓW CZAS

Niedawno (dokładniej: tydzień temu) szóstoklasiści przystąpili do pierwszego TAK poważnego egzaminu. Namiastkę stresu, który towarzyszył temu wydarzeniu, poznali kilka lat wcześniej, podczas sprawdzianu trzecioklasistów. Dlaczego dwunastolatkowie muszą (i czy rzeczywiście muszą) przeżywać tyle stresu?

„Szóstoklasisto! Sprawdzian już za tydzień!” – kolejna gazeta znajdująca się w przydomowym kiosku wywołała moje zainteresowanie. Sprzedawczyni dopowiedziała, że towar rozchodzi się dzisiaj „jak świeże bułeczki”. „W końcu do egzaminu cztery dni, nie wie Pani?!" - oburzenie uwidaczniało się z każdym słowem. Zaproponowała przy tym kilka innych pozycji, dzięki którym moje dziecko będzie mogło zdać egzamin. Tak, jakby bez całej otoczki medialnej szanse podopiecznych malały. Najwidoczniej nagłaśnianie podsumowujących sprawdzianów w szkole przestało być wystarczające, zaś znaczna część rodziców popadła w to błędne koło, niejednokrotnie samemu je nakręcając.

Wspomnienia egzaminu dwunastolatka, które pozostały w mojej głowie, to – przede wszystkim – wypowiedzi nauczycielki, która powtarzała (od początku roku szkolnego), że od kwietniowego egzaminu zależy wiele. Właściwie często podkreślała, że zależy niemal wszystko: punkty uzyskane na egzaminie umożliwią nam dostanie się do dobrego gimnazjum, zaś nauka podjęta tam pozwoli nam zdobyć kolejną ilość punktów, które z kolei będą niezbędne podczas składania papierów do szkoły średniej. Z perspektywy czasu pogoń za punktami wydaje się komiczna, jednak widok dwunastolatka jest całkowicie odmienny: „Mamo, muszę mieć co najmniej 38 punktów”. Tak w tym roku mówił mój brat, jego koledzy z klasy, sąsiadka z góry i dzieci znajomych.  Podobne zdanie mieli niektórzy nauczyciele, którzy nie widzieli nic dziwnego w wyrażaniu go kilkanaście minut przed rozpoczęciem egzaminu.

Przeciętne obserwacje pozwalają nam stwierdzic, że egzaminy opanowały współczesną edukację. Młodzież nie uczy się po to, aby wiedzieć, wykorzystać to w praktyce,  mieć łatwiejsze życie czy zapewnione poczucie bezpieczeństwa.  Zdanie „uczysz się dla siebie” stało się niemodne. Teraz uczymy się po to, aby dostać się na dobre studia, „mieć w kieszeni dobry papier”. A dalej „się zobaczy”.
     
Na istnienie egzaminów dużego wpływu nie mamy – wytyczne są określane w stolicy, a nasze protesty raczej nie spotkałyby się z dużym uznaniem. Może chociaż warto przestac kreować otoczkę ważności wobec tego, co w rzeczywistości nie powinno być wynoszone na piedestał? Dzieci mogą do egzaminu podchodzić z uśmiechem, młodzieńczym spojrzeniem – przecież wynik testu nie przekreśla ich życia. Niestety, obserwacje kolejnego egzaminu pokazały, że trzeba dużo pracować, aby takie podejście zostało uznane za element rzeczywistości.