23 września 2011

OBNIŻKI (NIE)WSKAZANE

Wczorajszy artykuł opublikowany przez Gazetę Prawną, wywołał burzę. Pytanie „Dlaczego Ci leniwce tyle zarabiają?!”, można było usłyszeć nawet w pojazdach komunikacji miejskiej.

Narzekanie od lat wychodzi nam najlepiej. Ponadto wpływa  podbudowująco, nie wymagając przy tym intensywnego myślenia. Idealny temat na rozmowy przy kawie, podczas spaceru czy oglądania filmu. Oczywiście, ci, którzy powinni, prawa głosu nie mają.

Z przerażeniem przyglądam się zamieszaniu wokół nauczycielskich pensji. Z zażenowaniem słucham opinii o tych, którzy pracują tylko trzy godziny dziennie. Zadziwiające, że choć posada wydaje się idealna, od lat nieustannie zamykane są kolejne kierunku kształcące nauczycieli. Czyżbyśmy świadomie rezygnowali z najlepszych rozwiązań? 

Praca tylko trzy godziny dziennie, ponad cztery tysiące złotych zarobków… -  z takimi warunkami się jeszcze nie spotkałam. Co więcej, nie sądzę, aby to się zmieniło, jeśli chodzi o posadę nauczyciela. Aktualnie w szkole prowadzę cztery lekcje, starając się przekazać wiedzę i umiejętności prawie trzydziestoosobowej grupie. Do domu po tak krótkim czasie wracam tylko dlatego, że w szkole nie mam warunków do sprawdzenia prac, co ma miejsce niemal codziennie (może kiedyś w naszym kraju doczekamy się biurka i laptopa dla każdego nauczyciela, gabinetu, większej ilości książek – niekoniecznie tych sprzed stu lat). Do tego dochodzą konspekty, przygotowanie materiałów dydaktycznych (bez pomocy finansowej ze strony szkoły)… Okazuje się, że trzy godziny nieco się wydłużyły. Gdzie dorzucić zebrania z rodzicami, narady pedagogiczne, wycieczki klasowe...?

Kwestią, którą także warto poruszyć, są przerwy szkolne. Wiele osób się pewnie zdziwi, jednak nigdy nie były one pauzą od pracy. To czas odpoczynku dla uczniów, większej liczby obowiązków dla nauczycieli. Zapanowanie nad tym, co pociechy wyprawiają na korytarzach, nie jest łatwe. Do tego odpowiedzi na dziesiątki pytań, szybka wymiana dziennika, poprawa gazetki ściennej. Opinia „Co to za praca, skoro co 45 minut jest przerwa?”, pokazuje tylko i wyłącznie niezbyt wysoki poziom wiedzy (i nie tylko) osoby wypowiadającej ją.

W naszym państwie brakuje prawdziwych nauczycieli. Nie wnikam w to, czy kiedykolwiek oni przeważali, jednak aktualnie ich niedostatek jest zauważany niemal na każdym kroku. Kolejny raz chcemy obniżyć pensje tym, którzy w dużej mierze odpowiadają za przyszłość naszego kraju. Warto?

17 września 2011

PROGRAM NIE DLA WSZYSTKICH

Dwa tygodnie spędzone w gimnazjum rejonowym pokazały, że szkoła może być miejscem bez perspektyw. Dlaczego uczniowie, których jedynym celem jest przesiedzenie w budynku do momentu, aż skończą osiemnaście lat („głupi wymóg prawa”), zmuszani są do analizowania skomplikowanych tekstów literackich?

Lekcje są bezbarwne. „Przeczytaj, odpowiedz na pytania, zapisz…” – mija godzina za godziną. Przekleństwa, wyzwiska, krzyki. Brak tolerancji, złość, wszechobecna agresja. W tym miejscu nie wygrywa ten, który ma sporą wiedzę. Na pierwszy plan wysuwają się starsi, silniejsi, odważniejsi. Nie da się tego zmienić bez odseparowania poszczególnych osób od środowiska lokalnego. Bez współpracy nauczycieli osiągnięcie choć minimalistycznego celu w tym zakresie jest niemożliwe.

Popołudnia spędzam na przygotowaniach: wycinanie rymowanych definicji, które łatwiej zapamiętać, ozdabianie plakatów, analizowanie kart pracy. Staram się wytłumaczyć zadania, które każdy powinien mieć opanowane na niższym poziomie edukacyjnym. Efektów brak. Trzy lekcje poświęcone na temat rodzajów literackich pokazały, że problemem jest nie tylko brak wiedzy (choćby tak elementarnej, jak dzielenie wyrazu na sylaby), lecz także chęci. Nic dziwnego, że się one nie pojawiają. Kto uzna, że analizowanie dzieł Sienkiewicza jest ważne, skoro wie, że po wyjściu ze szkoły, wróci do domu, gdzie główną rozrywką rodziców jest picie alkoholu? Kto będzie chciał poznać ułamek gramatyki naszego języka, jeśli wie, że po lekcjach musi iść coś ukraść, bo inaczej będzie głodny? Jaki jest sens, aby w takich klasach realizować narzucony program?

Warto zaznaczyć, że nie jest to tylko problem nauczycieli, jako tych, którzy nie radzą sobie z młodzieżą. Dzieci także nie są problemem. Ukształtowały je wydarzenia, które miały miejsce w ich życiu: brak zainteresowania za strony rodziców, przymusowe ucieczki z domu, niedostatek pieniędzy, pojawiająca się agresja jako sposób rozwiązania problemów... Kolejny raz podkreślę, że nie ma trudnych dzieci – to my, dorośli, jesteśmy odpowiedzialni za to, jakimi są ludźmi. Dlaczego nadal nie zdajemy sobie z tego sprawy?

Idiotyzmem jest narzucanie takich samych wymagań we wszystkich szkołach. Moim podopiecznym wolałabym wytłumaczyć prozaiczne kwestie, które przydatne są w życiu codziennym. Choć staram się to robić, większość czasu trzeba poświęcić na analizowanie lektur i zagadnienia gramatyczne. Dlaczego się potem dziwimy, że jest coraz więcej kradzieży i napadów, skoro nie uczymy młodzieży tego, czego nauczyć powinniśmy?

9 września 2011

MATURALNE KUPOWANIE

Egzamin ustny z języka polskiego wprowadzony w ramach reformy edukacji miał sprawdzić umiejętności językowe uczniów oraz dać im możliwość zaprezentowania pracy tworzonej przez kilka miesięcy. Cel, jak mówią młodzi, „całkiem spoko” – gorzej z jego realizacją.

Wpisanie w wyszukiwarkę internetową hasła „prezentacja maturalna” rozwiewa wszelkie wątpliwości, które pojawiają się u niedowiarków. Maturę zdaną na „przyzwoitym poziomie” można kupić już za 40 zł. Wystarczy znaleźć odpowiednie zagadnienie, zapłacić i poczekać na e-mail. Problemów nie stwarza także napisanie pracy na temat, którego nie znajdziemy w bazie – świetny pomysł na dorobienie nie tylko do studenckiej kieszeni, lecz także nauczycielskiej pensji.

O internetowych zasobach prezentacji maturalnych i handlu nimi wiedzą nie tylko uczniowie, ale także pedagodzy, którzy otwarcie krytykują ten sposób egzaminowania. Cóż się dziwić – to, że co roku poloniści starają się zmieniać tematy prezentacji maturalnych i kontrolują pisanie prac (w jakim stopniu – temat do dyskusji), nie oznacza, że uda nam się wygrać z internetową giełdą prac. 

Zaskakujące (może nawet przerażające) jest to, że nikt nie bierze pod uwagę wypowiedzi uczniów szkół średnich oraz absolwentów, którzy krytykują tę formę egzaminowania, uważając ją po prostu za niesprawiedliwą. Zadziwia także fakt, że części ustna egzaminu maturalnego z języka polskiego, choć obowiązkowa (z egzaminów ustnych mogą być zwolnione jedynie osoby niesłyszące), nie jest brana pod uwagę przez większość polskich uczelni podczas rekrutacji na studia. Jaki jest więc sens, aby istniała w takiej formie?                      

Hasło „Matura to bzdura” staje się coraz popularniejsze nie tylko wśród uczniów, lecz także nauczycieli. Czy kogokolwiek powinno to jeszcze dziwić? Wszak wielu z nich przyzwyczaja się do wymagań stawianych przez ludzi odpowiadających za poziom kształcenia w Polsce, a „po co robić coś ponad program”?

2 września 2011

WYKŁADOWCO, NIE NUDŹ!

Magia – trudno byłoby znaleźć trafniejsze określenie. Wszechstronnie wykształcone osoby, ludzie stanowiący (przynajmniej teoretycznie) przykład, określani często jako elita, wymyślili sposób idealnie pasujący do młodzieżowego hasła „Co zrobić, żeby się nie narobić, a zarobić”.

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że już od czasów szkoły podstawowej mamy do czynienia z czarami. Dobre dusze, uczące nas matematyki, przyrody, języka polskiego czy historii, posiadają cudowny element, do którego wrzucona zostaje cała wiedza z danego przedmiotu. Dlaczego na uczelniach wyższych wykładowcy kontynuują ten dziwny trend?

Dla uczciwości, warto wspomnieć o wstępie. Przecież  początki, jak zwykle, są trudne. Idzie opornie. Trzeba usiąść przy biurku i zmarnować dzień, drugi, trzeci, dziesiąty. Szukanie, skracanie, przepisywanie. Wreszcie dumnie można spoglądać na swoje dzieło: magiczny zeszyt w pełnej okazałości. Teraz wystarczy zająć odpowiednie miejsce na sali wykładowej. I czytać, czytać, czytać. Co kilka minut podnieść głowę. W przypływie dobrego nastroju, przejść się po sali. Czasami kaszlnąć. „Dziękuję za uwagę. Do zobaczenia za tydzień.” – rzucone na koniec. Półtorej godziny odbębnione, wiedza przekazana, porządek na sali utrzymany, pieniądze zarobione – misja zakończona. Czy na tym polega wykład?

Powszechnie znana jest opinia dotycząca tego, że student rzadko kiedy pasjonuje się tym, co dzieje się na zajęciach. Uczniom zarzuca się brak zaangażowania, sceptyczne nastawienie oraz niekulturalne zachowanie. Często skargi te są zgodne z prawdą, jednak warto zastanowić się, czy winę za to ponoszą tylko studenci. Niektóre przedmioty są trudne do przyswojenia. Dorzućmy do tego wieczór oraz spokojny, cichy głos wykładowcy. Czy w takich warunkach możliwe jest siedzenie w jednym miejscu przez dwie godziny i zapisywanie z uśmiechem wszystkich informacji? Nie oszukujmy się, nie każdy z nas ma nadprzyrodzone zdolności. Przekonują się o tym choćby żacy, którym zdarzyło się zasnąć na wykładzie. Teraz otwarcie przyznają, że omijają takie zajęcia, uważając je za stratę czasu.

Sposobów na walkę z pasjonującymi wykładami jest wiele. Czytanie książek i gazet, gra w „państwa i miasta” czy „kółko i krzyżyk”, korespondencja ze znajomymi, rozwijanie zdolności plastycznych...  Biorąc pod uwagę kreatywność studentów (twórczość powstałą z przyczyny wykładowego uśpienia), trudno byłoby wymieniać je wszystkie. Narzuca się natomiast pytanie: Do czego sprowadzają się wykłady prowadzone na wielu uczelniach wyższych?  Dlaczego nadal wielu wykładowców potrafi „zachęcić” do przyjścia na wykłady tylko poprzez wzbudzenie strachu w postaci listy obecności?

Czasami (na szczęście!) za sprawą nauczycieli podchodzących do swojego zawodu w sposób profesjonalny, zajęcia stają się prawdziwą przyjemnością. Czym wykładowcy przyciągają słuchaczy? Oczywiście, podstawą jest wiedza, której przekazanie powinno być uznane za cel nadrzędny. Do tego warto dorzucić coś na rozbudzenie studentów. Sposobów na akademickie show jest wiele. Ożywiające mogą być zarówno animacje wzbogacone oprawą muzyczną, dołączone do prezentacji multimedialnej, jak i – wydawałoby się nic nie kosztujące – ciekawe anegdoty, wtrącenia, odpowiednia intonacja głosu.

Wbrew pozorom studenci chętnie chodzą na wykłady. Oczywiście, nie należy mylić miłych zajęć z tymi, na których wykładowcy sprawdzają obecność, aby zapewnić sobie sztuczne grono słuchaczy. Szczerą popularnością, zainteresowaniem, które nie jest zrodzone strachem, cieszą się lekcje prowadzone z pełnym zaangażowaniem  nauczycieli,  promieniujących pasją na kilometry. Niestety, nadal wielu wykładowców nie zdaje sobie sprawy z tego, że „Umysł nie jest naczyniem, które należy napełnić, lecz ogniem, który trzeba rozniecić”.