19 marca 2012

WYŚCIG PO ZDROWIE

Prześwietlanie zawartości sklepików szkolnych staje się – głównie za sprawą mediów – coraz modniejsze. Rodzice zaczynają zauważać to, co oferują dzieciom szkoły. Czy jednak tylko o zauważanie powinno tutaj chodzić?

Zdrowego odżywiania w wielu szkołach jest tyle, ile zdąży się przekazać na lekcjach biologii lub gazetkach ściennych. Życie codzienne weryfikuje te poglądy. Wiele placówek zachęca swoich podopiecznych do skonsumowania pysznej, ociekającej serem i ketchupem zapiekanki, małej paczki chipsów czy „zdrowej” pszennej kanapki, polanej sosem czosnkowym. Wyrzuty sumienia u sprzedających się nie pojawiają, gdyż „dzieci to lubią”. Czy dyrektorzy szkół, mający wpływ na towary, które sprzedawane są w sklepiku, także to polubili?

Rodzice milczą, uczniowie się cieszą. Szybko i za niezbyt wygórowaną kwotę mogę kupić coś, co „poprawia humor”. Wielu (?) jeszcze problem otyłości nie dotyczy, a rzucane przez osoby starsze „powinieneś dbać o zdrowie” wydaje się staroświecką paplaniną. Dlaczego młoda osoba, sprawna fizycznie, nie miałaby wypić dwóch puszek coli, zjeść zapiekanki, batonika i lizaka? W bilansie dziennym to wcale nie jest dużo, a i smakuje lepiej niż warzywa, i bez problemu można to kupić. Negowanie takiego przekonania jest bardzo trudne – przecież inni to popierają.

Argumentem, który „nie pozwala” na zakup zdrowych produktów, często jest cena. Interesując się tematem sklepików szkolnych, starałam się zwrócić na to uwagę. Wcześniejsze przekonanie o tym, że „to, co lepsze” jest droższe, uciekło. Okazało się, że hurtownie mają w swoich ofertach wiele produktów, które nie zawierają konserwantów i dodatku cukru. Dlaczego od nich uciekamy? Najłatwiej chyba wybrać to, co znane. Puszyste serki, czekoladowe wafelki i kolorowe napoje są promowane na całym świecie. Jak przekonać młodzież do jabłka, nasion słonecznika czy jogurtów?

Sposoby, choć często odkrywane z oporem, są ogólnodostępne. Czasami wystarczy przygotować gablotę, gdzie obok butelki słynnej Pepsi, umieści się worek cukru – równowartość tego, ile w danym napoju go znajdziemy. Innym razem – wzbogacić cennik o „informacje witaminowe”, na przykład: „Jedząc dane warzywo, przyczyniasz się do poprawy stanu Twojej cery”. Banalnym pomysłem wydają się herbaty mrożone (przygotowanie lodu i zielonego wywaru nie wydaje się być skomplikowane, a niesie dużo więcej korzyści niż słodzone podróbki znajdujące się w szkolnych automatach) czy soki robione na miejscu.

Minie sporo czasu, nim ludzie zrozumieją prawdę zawartą w słowach: „Jesteś tym, co jesz”. Tym bardziej więc powinniśmy pamiętać o tym, że pomaganie im w dokonywaniu codziennych wyborów jest niezwykle ważne.

13 marca 2012

KULTURALNY BUNT

Kolejny rok szkolny otwiera przed nami nowe wymagania egzaminacyjne. Więcej pisania „pod klucz”, więcej liczenia tego, co prawdopodobnie nigdy się nie przyda, więcej historycznych dat i biologicznej łaciny. Ile z tych elementów pozostanie w głowach uczniów? Co w przyszłości może zostać wykorzystane?

Z lat szkolnych w mojej pamięci pozostało dużo oburzenia: na system, nauczycieli i podręczniki, których zawartość trzeba było wrzucić do głowy. Do dzisiaj nie potrafię wyjaśnić, dlaczego definicję romantyzmu musiałam recytować (o wyjaśnianiu własnymi słowami nie mogło być mowy), śpiewająco znać daty (najlepiej dzienne) starożytnych bitew, orientować się w ciągach i całkach czy zapamiętać listę wzorów chemicznych. Nie potrafię również – co zauważałam już kilka tygodni po klasówce – recytować książki do nauki języka polskiego, rozwiązywać zadań matematycznych i chemicznych. O historii i literaturze wiem tyle, ile chciała moja ciekawość (szkoła z tym wspólnego za dużo nie miała), skomplikowane liczenie (jakże nieprzydatne w życiu codziennym) z pamięci zostało wyrzucone całkowicie. Jako studentka staram się – samodzielnie – poznać podstawy prawa i księgowości, posiąść szerszą wiedzę na temat współczesnego świata, ćwiczyć wystąpienia publiczne, panować nad stresem, poznając przy tym podstawy psychologii i pedagogiki. Zyskać to, co w życiu – jeśli nie niezbędne – na pewno jest pomocne.

Któż z nas nie słyszał, że „szkoła nie przygotowuje do życia”? Ile razy – z marnym skutkiem – staraliśmy się odszukać sensu w określeniu „egzamin dojrzałości”? Ile godzin spędziliśmy na pamięciowym opanowaniu podręcznika? Odpowiedzi, w wielu przypadkach, zabrzmią podobnie. Tak, współczesna szkoła do życia nie przygotowuje, jednak czekanie na „zmiany odgórne” nie zmieni absolutnie niczego. Nie zmieni, ponieważ może trwać dziesięć, piećdziesiąt czy sto lat.

Nasza reakcja i bunt tam, gdzie to możliwe, wydają się najskuteczniejsze. Nie krzyki i zabawy rozkazodawcze, lecz rozmowy na temat tego, z czym się nie zgadzamy. Podsuwanie pomysłów, szukanie wspólnych rozwiązań. Zaproponowanie wycieczki klasowej, której głównym punktem będzie integracja, a nie bieganie z jednego muzeum do drugiego. Zwrócenie uwagi na nudne lekcje przedsiębiorczości, zbyt dużo sprawdzianów w ciągu tygodnia i „czytanie książek” przez nauczycieli. Tłumaczenie swoim dzieciom, że mają prawo dostrzegać, że punkt regulaminu szkolnego jest łamany oraz zasugerować, że dana forma prowadzenia zajęć im nie odpowiada.

Podobno z nauczycielami się nie zadziera, bo to oni mają zawsze rację. Nie zadziera się, bo potem pojawia się zemsta, gnębienie, skargi u dyrekcji… Czy jednak bez zwracania uwagi na to, co złe, możemy zmienić to, czego nie akceptujemy?

8 marca 2012

ODPOCZYNEK (NIE)KONIECZNY

Walka o zniesienie przywilejów trwa. Jednak choć niektóre są  –  wreszcie zauważane i zmieniane, przechodząc obok innych nadal pozostajemy obojętni. Szybko zarysowuje się pytanie o powód powstawania takich sytuacji. Stach przed buntem, brak motywacji do podejmowania działań, lenistwo? Nie zmienia to faktu, że jeśli nie jest nim nasza pełna akceptacja, pozostawiamy w rzeczywistości to, czego być nie powinno.

Rozmawiając o przywilejach poszczególnych grup zawodowych, trudno byłoby pominąć kadrę nauczycielską. Ta – niewątpliwie – ma ich sporo. Niezgodne z prawdą jest (czego rozważała w tym miejscu nie będę), że pedagodzy pracują cztery godziny na dobę, jednak dwumiesięcznych wakacji i wolnych weekendów wielu może im pozazdrościć.  Przy tym zestawieniu absurdalnym więc wydaje się być fakt, że kolejnym przysługującym uprawnieniem jest roczny urlop dla podratowania zdrowia. Zdrowia, które jest potrzebne każdemu, bez względu na to, czy pracuje w szpitalu, wojsku czy szkole.

Tydzień temu miałam okazję poznać mamę dwuletniej dziewczynki. Nie ukrywała, że po urodzeniu dziecka skorzystała ze zwolnienia zdrowotnego, dzięki czemu dłużej dostawała pieniądze (czego nie miałaby w przypadku urlopu wychowawczego). Trudności u lekarza? Żadnych. Przecież po dziesięciu latach pracy można czuć zmęczenie i przygnębienie. Kreda nie wpływa dobrze na nasz organizm, cztery godziny głośnego mówienia obciążają krtań. Układ odpornościowy jest osłabiony, skutkiem czego częściej chorujemy. A przecież tak być nie powinno.

O zwolnieniach w ostatnim czasie jest głośniej. Wykorzystuje się je systematycznie, zapominając niekiedy o stanie zdrowia pracownika. Nic dziwnego, że nieczęsto spotyka się tych, którzy z szansy rzekomego odpoczynku rezygnują. W końcu dlaczego mieliby to robić, skoro na spożytkowanie go trafia się wiele okazji? Może to być chęć spędzenia większej ilości czasu z rodziną, napisania książki, remontu domu, czy powiększenia swoich zarobków, pracując – dla przykładu – w firmie swojego partnera.

Przy zainteresowaniu się tym zagadnieniem ze strony politycznej, na pewno pojawiłby się bunt. Nie byłoby w tym nic dziwnego – potocznie mówiąc, „każdy walczy o swoje”. Jednak czy byłby on uczciwy? Na jakiej podstawie dokonano takiego wyróżnienia i dlaczego akurat ta grupa zawodowa może na nie liczyć?