18 stycznia 2013

AŻ CHCE SIĘ NIE WIERZYĆ

Nauczyciele mają ciężką pracę. Ciągłe przekleństwa, przepychanki i wyzwiska. Brak szacunku, więc też brak możliwości prowadzenia zajęć. Znikomy wpływ na otaczającą młodzież, a wielkie wymagania od innych. Nic dziwnego, że najchętniej rzuciliby pracę „w cholerę” i pokazali tym wstrętnym „bachorom”, gdzie ich miejsce w szeregu. CZYŻBY? 

Z zażenowaniem przeczytałam artykuł Małgorzaty Święchowicz w tygodniu „Newsweek”. Przyznaję – łatwiej byłoby mi uwierzyć, że dziennikarka wszystko zmyśliła na potrzeby swojej promocji, jednak statystyki (czy to policyjne, czy sądowe), mówią co innego. Nauczyciele są coraz bardziej agresywni, skarżą się na brak możliwości kontrolowania sytuacji podczas zajęć i – to dodam z własnych obserwacji – niewiele robią, aby te sytuacje zmienić. 

Praca w osławianych gimnazjach jest trudna – podobnie jak praca w szkole podstawowej i średniej. Nie uważam, żeby istniał powód, aby mówić: „Praca w gimnazjum to prawdziwa męczarnia”. Takie zajęcia wymagają po prostu innych umiejętności, nowych rozwiązań, odpowiedniego reagowania. I choć jest to trudne – przecież stosunkowo nowe, a ponoć wszystko, co nieznane, budzi jakiś opór – jestem przekonana, że możliwe do realizacji.

Co pozostało mi z okresu gimnazjalnego? Żal do Pani z matematyki, że poniżała nas przy tablicy, tłumacząc, jakimi jesteśmy głąbami. Złość do chemiczki, bo nie wymagała od nas absolutnie niczego. Rozczarowanie dyrekcją, która nie wyznaczyła nam odpowiedniego zastępstwa na czas długiej nieobecności Pani od fizyki. Zdziwienie, gdy zgłaszając nauczycielowi dyżurującemu fakt palenia papierosów w ubikacji, usłyszałam: „Teraz jem drożdżówkę”. Smutek z powodu braku wiary w mój talent humanistyczny.  Kółko taneczne, na którym chwalone były tylko dwie osoby. Smutek na twarzy nauczycielki niemieckiego, która nie potrafiła zapanować nad klasą. Jednak najbardziej, naprawdę najbardziej pamiętam Panią Elę. Polonistkę, która – przyłapując mnie na ściąganiu – powiedziała: „Przecież bez problemu sobie z tym poradzisz. Po co to robisz?”. Polonistkę, której mogłam ufać, mówić o swoich lękach. Osobę, która była przede wszystkim człowiekiem – i swoimi zachowaniem nauczyła mnie nie tylko obłędnie trudnej gramatyki, lecz (przede wszystkim) odrobiny życia.

Dlatego dziwię się nauczycielom, którzy niewiele robią, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat pracy z młodzieżą. Jaki jest sens gonienia za kolejnymi papierkami studiów podyplomowych, skoro nie potrafimy wykorzystać w swoim działaniu elementów, przykładowo, terapii behawioralnej? Ilu z nas interesuje się fundacjami wspierającymi edukację, ilu z nas – NAUCZYCIELI – zwraca się do specjalistów z prośbą o pomoc? Wreszcie – ilu z nas woli powiedzieć „Tutaj nic nie da się zrobić”? Przecież tak jest i łatwiej, i szybciej. A i współczucie innych się znajdzie.

Nie skomentuję więc wypowiedzi części pedagogów, których "poznałam" w artykule Pani Święchowicz. Uważam, że określenie "nauczyciel" jest w tym przypadku sporym nadużyciem.  Za dużym, jak na liczbę osób ambitnych, które chętnie podjęłyby się pracy w szkole.

18 komentarzy:

  1. Narzekactwo i prostactwo szerzy sie dzisiaj w kazdej sferze. Szkoda, ze tez w tej. Pozdrawiam i zachecam do czestego pisania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachętę odebrałam bardzo pozytywnie. Dziękuję. :)

      Usuń
  2. Ciezko mi przyswoic tego typu artukuly gdyz za moich czasow w gimnazjum czy to tez pozniej w szkole sredniej nie bylo problemu z trudna mlodzieza gdzie nauczyciele musieliby uzywac przemocy... wiadomo ze dzieci sa dziecmi i wystarczy miec do nich dobre podejscie a bez problemu nawet z najgorsza mlodzieza dobry nauczyciel powinien sobie poradzic.

    Czytajac twoj artykul przypomnialy mi sie lata podstawowki kiedy to moja wychowawczyni tak mnie nie znosila (nie mam pojecia czemu bo bylam strasznie spokojnym i bezproblemowym dzieckiem...) i uwazala za totalnego glaba ze co bym nie napisala na klasowce zawsze oceny moje byly marne... pomimo ze wiedzialam ze odpowiedzialam na wszystkie pytania bez blednie! podejrzewam ze gdybym nawet na rzesach stanela to i tak bym dostala co najwyzej dostateczna :) a bylam tylko dzieckiem wiec nie mialam prawa glosu... strasznie mnie to dobijalo i zniechecalo do nauki... ale jak tylko w 5 klasie zostalismy przydzieleni do innej wychowawczyni to nagle moje oceny byly wrecz wzorowe! nie uczylam sie wcale wiecej tylko poprostu nowa nauczycielka oceniala nas sprawiedliwie... i jaka ja mialam satysfakcje jak na koniec 5 klasy odebralam swiadectwo z samymi ocenami b. dobrymi i akurat natrafilam na moja ''stara'' wychowawczynie i jej ironicznym usmieszkiem i tekstem '' i jak tam Justynko zdalas??'' a ja jej podalam swoje swiadectwo i nacieszalam swoje oczy jej zrzednącą mina... i te jej nie dowierzajace spojrzenie... bezcenny widok i jaki motywujacy :)

    Ojej ale sie rozpisalam, koncze juz aby nie zasmiecac ci Twojego bloga moimi wspomnieniami ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię określenia "trudna młodzież". Uważam, że do młodzieży może trzeba inaczej dotrzeć, może - w świecie braku zainteresowania, zbyt wielu mediów i krytyki skierowanej do młodych - kara w postaci złej oceny nie jest dobrym rozwiązaniem. Wreszcie - to my kształtujemy ową "trudną młodzież" - może więc zacznijmy zmieniać świat od siebie?

      Wyobrażam sobie Twoje rozgoryczenie związane ze złymi ocenami. To na pewno wpływa demotywująco na naukę. Dobrze, że miałaś szczęście w postaci zmiany wychowawcy. Wczesne szkolne lata nas kształtują. Nie powinny być zaniedbywane.

      Dziękuję za podzielenie się odrobiną wspomnień. :)

      Usuń
  3. Masz rację. Ale czy nie uważasz, że prawdziwi nauczyciele, z pasją, z powołania właśnie tacy są? Zgłębiają tajniki pracy z trudną młodzieżą, stawiają wyżej poprzeczkę i nie dopuszczają do siebie myśli, że się nie uda. W każdej szkole powinna być przeprowadzona selekcja nauczycieli. Naprawdę wielu z nich znalazło się tam przypadkowo (lub w inny sposób...).
    Kiedy sięgam pamięcią wstecz, przypominam sobie tylko jednego wspaniałego nauczyciela.

    Nie poruszę tutaj kwestii pomocy dla nauczycieli w sytuacjach kryzysowych. Nikt ich nie uczył na studiach co zrobić kiedy uczeń powie do niego "ty debilu". Gdzie taka osoba ma się udać? Kogo poradzić, kiedy w szkole autorytetów coraz mniej.
    Może przydałby się naprawdę dobre szkolenia/warsztaty?

    Wszystkim nauczycielom życzę pasji i oddania swojej wspaniałej pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że każdy nauczyciel powinien taki być - właśnie to, o czym wspominasz, zawiera się w definicji "NAUCZYCIEL". Masz rację, że studia są prowadzone w sposób tragiczny - za mało zajęć, za mało praktyki. Przede wszystkim - nie ma studiów kształcących w dobry sposób nauczycieli (tylko specjalność nauczycielska, czego skutki widać). Nauczycielem można być po szkole cieszącej się złą reputacją, po kursie pedagogicznym, na którym nie bywa się często. Jednak - skoro już ktoś wybiera taką drogę zawodową - MA OBOWIĄZEK szukać rozwiązań. Nie wiem, jak pracować z nadpobudliwym dzieckiem? Nie szkodzi - są poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Nie wiem, jak motywować dzieci? Są kursy skierowane do nauczycieli.

      Co ciekawe, kursy te / szkolenia są często darmowe. Aktualnie uczestniczę w warsztatach o tematyce "TERAPIA BEHAWIORALNA" - jestem zachwycona, zainteresowana i - już po pierwszych zajęciach - staram się wykorzystać wiedzę na zajęciach. Czasami naprawdę wystarczy chcieć (a może zazwyczaj wystarczy tylko chcieć?).

      Przykre, że w swoich wspomnieniach masz tylko jednego wspaniałego nauczyciela. Ilu było złych? Szkoda liczyć i przywoływać smutne statystyki.

      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  4. Tak naprawdę wszystko zależy od nauczyciela. Ja z takim wielkim rozczarowaniem wychodziłam z liceum. Przyznam, że to jak niektórzy traktują uczniów, pozostawia wiele do życzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykre to Twoje rozczarowanie - mam nadzieję, że takich wspomnień będzie mniej. Dokładnie - wiele zależy od nauczyciela.

      Usuń
  5. problemem jest brak kompetencji u nauczycieli. tylko tacy reagują agresją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również tak myślę - sporym problemem, niestety.

      Usuń
  6. Niestety, wiem, o co chodzi. Niepompetentni przedstawiciele szlachetnego zawodu nauczyciela są powszechni. Nie pomaga im w tym system nauczania, którego najokropniejszym chyba tworem jest gimnazjum. Zabiera czas w szkole średniej i w podstawowej na zrealizowanie materiału.I tak, spotkałam paru potworzastych belfrów.
    Według mnie idealny nauczyciel potrafi wzbudzać autorytet ucznia bez większego wysiłku i zainteresować go nie tylko przedmiotem, ale i całym życiem. Przekazywać swoje pasje. Dzięki takim ludziom, których spotkałam na swojej wyboistej drodze edukacyjnej, mogę powiedzieć, że nie doznałam "traumy" przez pojedyncze przypadki tych nauczycieli, którzy wybrali swój zawód przez przypadek. Bardzo szanuję dzięki temu pracę, jaką muszą wykonać wszyscy "psorowie", aby pomóc nam wyjść na ludzi. Pozdrawiam, egoistka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że do wzbudzania autorytetu jest jednak potrzeby wysiłek, jednak nie powinien on być stawiany jako coś "strasznego, najważniejszego". Często słyszy się, "ile to nauczyciel musiał się napracować", aby coś przygotować. Cóż, z tego powodu nauczyciele pracują kilka godzin dziennie, więc wyolbrzymianie problemów nie ma chyba sensu. Zresztą - nikt do pracy nie jest przymuszany, więc można wymagać, aby wykonywał ją dobrze.

      Cieszę się, że na Twojej drodze edukacyjnej (życiowej) pojawiły się wyjątkowe osoby.

      Usuń
  7. dziękuję za odwiedziny na blogu! Studniówka była jak najbardziej udana :) Co do nauczycieli podzielam Twoje zdanie. W moim gimnazjum było kilku nauczycieli, którzy interesowali się wychowaniem i dobrem uczniów, natomiast to, o czym piszesz, w moim życiu bardziej odnosi się do czasów aktualnych, czasów licealnych... Jako, iż moja klasa ma renomę najgorszej w szkole (głównie ze względu na to, że jest nas mało w klasie, a większość to starsi od nas ludzie, którzy nie przeszli), nikt na nas nie zwraca uwagi. Wybrali sobie jako pupilka inną klasę i zupełnie ich nie obchodzimy. Ani dyrektora, ani naszej wychowawczyni... NIKOGO. W ostatnich dniach było to bardzo widać, jako że mieliśmy studniówkę oraz dzień maturzysty, nie mogliśmy liczyć na żadną pomoc w próbach poloneza, organizacji, zero poparcia ze strony nauczycieli podczas kłótni z inną klasą. To samo tyczy się nauki - szczerze przyznaję, że niczego się nie nauczyłam w liceum. A naprawdę dobrych nauczycieli uczących w tej szkole mogę policzyć na palcach jednej ręki - jest ich czterech.
    Pozdrawiam serdecznie, bardzo ciekawy blog godny uwagi! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykre jest to, co opisałaś. Wierzę, że stan w Polsce się zmieni - niestety, jestem przekonana, że nie do czasu skończenia przez Ciebie szkoły.

      Cieszę się, że studniówka była udana. :)

      Usuń
  8. Oczywiści macie wszyscy rację. Biedactwa, którymi nie interesują się nauczyciele.A przecież oddani swojej pracy powinni pracować od rana do wieczora: godziny dydaktyczne, sprawdzanie prac i przygotowywanie się do zajęć, kształcenie się i koniecznie niesienie pomocy swoim wychowankom i ich rodzinom, spełnianie wymagań dyrekcji w postaci niezliczonych papierów. To przecież błahostka.
    PYTAM WAS: Co mam zrobić z własną rodziną? Moimi dziećmi i obowiązkami żony i matki? Moimi pasjami, marzeniami ?Gdyby nie wsparcie finansowe małżonka wakacje spędzalibyśmy w centrum miasta, a zajęcia dodatkowe dzieci miałyby w domu przed ekranem dużym czy małym. Takie z Was mądrale, bo stoicie po drugiej stronie barykady lub zajrzeliście tu tylko na chwilę i jeszcze nie zasmakowaliście hałasu, złego systemu i prawdziwego zmęczenia.
    Dzisiaj po sześciu godzinach dydaktycznych pracuję trzecią godzinę w domu sprawdzając prace klasowe i przygotowując się na jutrzejsze zajęcia. Uwierzcie mam dosyć a jeszcze przypadkowo trafiłam na tą stronę i szlag mnie trafia jak wsadzacie wszystkich nauczycieli do jednego worka.
    Wiele Waszych słów świadczy o braku doświadczenia i pokory. Osobiście czuję się dotknięta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani nauczycielka - nie przesadzaj ... pensja nauczyciela dyplomowanego jest BARDZO przyzwoita. Biorą jeszcze pod uwagę fakt REALNIE mniejszej ilości godzin pracy w tygodniu (wiem co pisze - jestem od nauczycielem). No poza paroma tygodniami, w których trzeba się sprężyc w posiedzieć trochę więcej w pracy. Powiedz mi ILE osób spędza wakacje poza miastem? Tylko nauczyciele ?! Takich dni jak jak opisałaś nie masz codziennie !! Dodatkowo weź pod uwagę, że we wakacje masz co zrobić z dziećmi bo masz ponad 50 dni oficjalnego urlopu + dni nieoficjalne. Moja żona etatowiec - ma tylko 26 dni urlopu i za każdym razem wścieka sie że są dni wolne w szkole ;-) itd. itd.

      Usuń
  9. ... i rozpoczął się sąd nad nauczycielem...

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeżeli ktoś sobie nie radzi z obowiązkami w pracy, to powinien ją jak najszybciej zmienić...albo inni powinni to zauważyć i podziękować za pracę.

    OdpowiedzUsuń