Rozliczanie
to element życia, który w dzisiejszych czasach zaczął stanowić popularne „must
be”. Rozliczamy się więc każdego dnia: Wydział Edukacji – dyrekcję, dyrekcja –
nauczycieli, nauczyciele – uczniów. Do tego rozliczają się rodzice (między
sobą) i rodziny. Jednak najczęściej rozliczamy tych, w stosunku do których – z naszego
punktu widzenia – jest to najłatwiejsze: DZIECI.
Okazuje się, że w wielu szkołach nadal
trzeba wypełniać tzw. „samochwałki”. Wprowadza to pewien element paniki: „Co
wpisać?!”. Nie można przecież pochwalić się tym, że Karol z II b nauczył się –
po wielu niemal morderczych treningach! – wiązać sznurowadła, a Maja z III c
stwierdziła, że uwielbia zajęcia wychowania fizycznego. Nie wypada też napisać,
że udało nam się – wreszcie – porozmawiać z rodzicami agresywnego Michała, a
sam zbuntowany nastolatek wykazuje poprawę w swoim zachowaniu. Nie, to
absolutnie nie jest trendem szkolnych notatek. Dla tych, którzy na modzie się nie
znają – mała podpowiedzieć: chwalimy się wygranymi konkursami (ogólnopolskimi i
wojewódzkimi), uczniami otrzymującymi stypendia naukowe oraz udziałami w
znanych programach, które mogą być istotne dla szkoły.
Obserwuję więc, jak domyka się błędne
koło. Punkt pierwszy: Gracjan chce narysować pracę na konkurs. Punkt drugi:
Gracjan nie potrafi rysować. Punkt trzeci i czwarty: Skoro Gracjan nie potrafi
rysować, a więc nie zajmie żadnego miejsca – ba, nawet wyróżnienia! – po co
mielibyśmy razem coś tworzyć? Punkt piąty: Warto namówić Karolinę do udziału w
konkursie, jest szansa na sukces. I na stronie się o tym napisze, i na
portalach społecznościowych, wspomni dyrektorowi, rodzicom na zebraniu…
Zachowanie takie pojawia się często na
początku nauczycielskiej kariery (później, cóż, jest „tylko” skutecznie
podtrzymywane). Zaczyna się walka o staż, o utrzymanie posady, o pokazanie
wszystkim, jakimi niezwykłymi belframi jesteśmy. Sama zaczęłam wpadać w błędne
koło, szukając kolejnych konkursów dla maluchów, aby móc pokazać, jak wiele z
nimi robię. I choć z poszukiwań ciekawych konkursów nie zrezygnuję, z kręgu
idiotyzmu udało mi się wyjść stosunkowo szybko. I – co najważniejsze – jeśli będę
miała pochwalić się z kimś tym, co udało mi się osiągnąć (a i bez zachęty
innych robię to często), automatycznie przytoczę opowieść o uczennicy, która po
kilku dniach ćwiczeń, wielu rysunkach i zabawach wykałaczkami zrozumiała, w
jaki sposób powinno się odejmować (pisemnie) duże liczby oraz o tym, jak
chłopiec z trzeciej klasy otrzymał wyróżnienie w konkursie plastycznym. I nie
ma możliwych, aby którykolwiek z tych sukcesów został uznany za ważniejszy lub
mniej wartościowy.
W pogoni za „dużymi” (czyt. widzianymi przez
wszystkich) efektami, zapominamy często o tym, co powinno być celem dla każdego
nauczyciela: o docenianiu uczniów, o zachęcaniu ich do dodatkowych aktywności,
o organizowaniu im czasu wolnego. Szkoda, bo wydaje mi się, że to, co dla wielu
może być drobnostką, dla innych ma niemal galaktyczny wymiar. Wymiar, o który
warto – o który trzeba – walczyć.
Paranoczne podejście ludzi kierujących calym tym syfem.
OdpowiedzUsuńSłowa "syf" bym - mimo wszystko - unikała. :)
UsuńWitam,
OdpowiedzUsuńniestety, jest właśnie tak, jak napisałaś. Będąc nauczycielem, doświadczam tego co pół roku. Z tym wiąże się u mnie wysokość kwoty dodatku motywacyjnego. Dlatego też, potem każdy porównuje ile zrobił - i ile za to dostał tego dodatku. I tak obserwuję, że często nie ma korelacji pomiędzy tymi dwoma rzeczami. Koleżanka, która osiągnęła wysokie wyniki z uczniami ma 0 % dodatku a inna, która osiągnęła niewiele, ale organizowała każdy konkurs w szkole - na szczeblu szkolnym - ma kilka %.
No i mimo wpisywania różnego typu osiągnięć na tzw "samochwałki", dyrekcja i tak podzieli te procenty według własnego uznania.
Obserwuję też ostatnio jakiś taki wyścig wśród koleżanek. Wyścig o to, kto co zorganizuje, kto pierwszy się czymś zajmie, kto pierwszy otworzy kopertę z treścią jakiegoś konkursu... Zbliża się to trochę do paranoi. Częściowo jestem w stanie to zrozumieć - jest niż demograficzny w szkołach średnich i każdego roku przychodzi mniej uczniów. Dlatego też każdego roku wielu nauczycieli traci pracę. Ale są pewne granice takiego "wyścigu szczurów". W końcu praca nasz ma również opierać się o współpracę w gronie. A jak mamy współpracować, skoro traktujemy siebie trochę jak rywali?
Te "samochwałki" zawsze mnie trochę śmieszą. Pytania tam sformułowane - niezmienne od lat - narzucają tak naprawdę, co powinienem robić. Powinienem chodzić na szkolenia, mieć laureatów, współpracować z innymi - na szczeblu szkoły i miasta, angażować się w pracę różnych szkolnych zespołów itd. Byłbym chodzącym ideałem.
A mi naprawdę większą radość sprawiają małe sukcesy moich uczniów na lekcjach. Jeśli jakiś słabszy uczeń dobrze odpowie na jakieś pytanie, już czuję małą radość. W "samochwałkach" nie ma niestety pytań o takie właśnie osiągnięcia.
Dzieczynko, jestem Twoją fanką. Ot co!! Gorzko-słodka
OdpowiedzUsuńJeśli komuś zależy na pracy to stara się ją wykonać na 100% i to jest normalne szczególnie u stażystów... i co w tym złego? Nie przepadam za "samochwałkami", ale przede wszystkim dlatego, że zawsze myślę "zrobiłam za mało, mogłam więcej, lepiej itd.". Jednak doba ma tylko 24h, a ja najbardziej jestem zadowolona z reakcji samych dzieci, z ich informacji zwrotnych w stosunku do mnie i prowadzonych przeze mnie zajęć. To daje satysfakcję i zadowolenie z pracy... I nie robię tego "pod przymusem", nie jest to dla mnie Bóg wie jaki wysiłek (chociaż jednak wysiłek). Miałam do tej pory kontakt z nauczycielami, którzy są pedagogami z powołania, a dyrekcja musi mieć pogląd co się dzieje w szkole... a to jest najprostsza forma podsumowania osiągnięć szkoły. Bardziej niż na "samochwałki" oburzałabym się na masę innych rzeczy... ważniejszych, istotniejszych, mających wpływ na dzieci... czy są "samochwałki", czy ich nie ma... co za różnica? Jeśli jesteś dobrym nauczycielem - dzieci zawsze Ci się odwdzięczą i będziesz zadowolonym belfrem!
OdpowiedzUsuń