Dwa tygodnie spędzone w gimnazjum rejonowym pokazały, że szkoła może być miejscem bez perspektyw. Dlaczego uczniowie, których jedynym celem jest przesiedzenie w budynku do momentu, aż skończą osiemnaście lat („głupi wymóg prawa”), zmuszani są do analizowania skomplikowanych tekstów literackich?
Lekcje są bezbarwne. „Przeczytaj, odpowiedz na pytania, zapisz…” – mija godzina za godziną. Przekleństwa, wyzwiska, krzyki. Brak tolerancji, złość, wszechobecna agresja. W tym miejscu nie wygrywa ten, który ma sporą wiedzę. Na pierwszy plan wysuwają się starsi, silniejsi, odważniejsi. Nie da się tego zmienić bez odseparowania poszczególnych osób od środowiska lokalnego. Bez współpracy nauczycieli osiągnięcie choć minimalistycznego celu w tym zakresie jest niemożliwe.
Popołudnia spędzam na przygotowaniach: wycinanie rymowanych definicji, które łatwiej zapamiętać, ozdabianie plakatów, analizowanie kart pracy. Staram się wytłumaczyć zadania, które każdy powinien mieć opanowane na niższym poziomie edukacyjnym. Efektów brak. Trzy lekcje poświęcone na temat rodzajów literackich pokazały, że problemem jest nie tylko brak wiedzy (choćby tak elementarnej, jak dzielenie wyrazu na sylaby), lecz także chęci. Nic dziwnego, że się one nie pojawiają. Kto uzna, że analizowanie dzieł Sienkiewicza jest ważne, skoro wie, że po wyjściu ze szkoły, wróci do domu, gdzie główną rozrywką rodziców jest picie alkoholu? Kto będzie chciał poznać ułamek gramatyki naszego języka, jeśli wie, że po lekcjach musi iść coś ukraść, bo inaczej będzie głodny? Jaki jest sens, aby w takich klasach realizować narzucony program?
Warto zaznaczyć, że nie jest to tylko problem nauczycieli, jako tych, którzy nie radzą sobie z młodzieżą. Dzieci także nie są problemem. Ukształtowały je wydarzenia, które miały miejsce w ich życiu: brak zainteresowania za strony rodziców, przymusowe ucieczki z domu, niedostatek pieniędzy, pojawiająca się agresja jako sposób rozwiązania problemów... Kolejny raz podkreślę, że nie ma trudnych dzieci – to my, dorośli, jesteśmy odpowiedzialni za to, jakimi są ludźmi. Dlaczego nadal nie zdajemy sobie z tego sprawy?
Idiotyzmem jest narzucanie takich samych wymagań we wszystkich szkołach. Moim podopiecznym wolałabym wytłumaczyć prozaiczne kwestie, które przydatne są w życiu codziennym. Choć staram się to robić, większość czasu trzeba poświęcić na analizowanie lektur i zagadnienia gramatyczne. Dlaczego się potem dziwimy, że jest coraz więcej kradzieży i napadów, skoro nie uczymy młodzieży tego, czego nauczyć powinniśmy?
Bo szkoła nie uczy życia. Tylko utartych schematów i gdzieś, kiedyś spisanych formuł i wspaniałości.
OdpowiedzUsuńRozczochrana,
OdpowiedzUsuńprzykre, że tyle osób ma podobne zdanie. Jestem pewna, że można byłoby to zmienić. Ostatnio słuchaliśmy na lekcji utworu Grubsona 'Naprawimy to'. Dzieci chętnie wypowiadały się na temat porównań i epitetów w utworze, wyrażały swoje zdanie na temat przeklinania, pojawiła się dyskusja o subkulturach. Myślę, że z tych zajęć wypłynęły mądrzejsze wnioski, niż podczas analizowania innych utworów. Po prostu młodzież poczuła, że interesuję tym, czym oni, że chcę ich posłuchać, dowiedzieć się czegoś...
Bzdury - przesadzony obraz gimnazjów i do tego ta patologia na każdym kroku. Bez jaj, jeszcze bardzo niedawno chodziłem do publicznego gimnazjum o przeciętnej opinii, ale agresja to były pojedyncze przypadki, a Twoje przemyślenia są bardziej oparte na "Detektywach" czy "W11" :-) Do tego na pierwsze miejsce wysuwają się ci naprawdę mądrzy, agresywni są szybko zablokowani. Pozdrawiam i życzę jak najpóźniej objaw wypalenia zawodowego, tak bardzo powszechnego wśród tej grupy zawodowej.
OdpowiedzUsuńNie popieram Twojego zdania w sprawie winy uczniów za popełnianie ignorancji dla szkoły poprzez brakiem rodziców i każdej możliwej patologii. Człowiek jeżeli chce osiągnie wszystko. Właśnie taka sytuacja powinna ich mobilizować do tego aby mieć kiedyś lepiej. Wiem co piszę.
OdpowiedzUsuńPati
Nie wiem dlaczego tak uparcie wiążesz gimnazja z kradzieżami, napadami, patologią domową? Aktualnie do gimnazjów chodzą wszyscy, więc zabawnie pokazywać ten okres jako czarne chmury nad życiem człowieka. Ludzie, którzy uczęszczają teraz do renomowanych liceów też kiedyś chodzili do gimnazjum. Ot, głupie uogólnianie.
OdpowiedzUsuńJasne - jest to ten moment w życiu młodego człowieka, gdzie się buntuje, gdzie taki procent znudzonych nastolatków na jednej powierzchni może być niepokojący, ale i tak to wyolbrzymiłaś.
Zresztą, poruszyłaś kilka kwestii. Zgodzę się w aspekcie form prowadzenia lekcji. W zależności od poziomu szkoły - powinny być one w miarę elastyczne i dopasowywane pod dzieci, a nie dzieci pod lekcję.
No cóż, tak czy siak - mnie objęły już gimnazja, skończyłam je dawno temu i nie czuję się specjalnie zdegenerowana. Gimnazjum to tylko mała cząstka, bywa ono jednym ze skutków nowych metod wychowawczych, niekoniecznie sprzyjających życiu w społeczeństwie.
Ty też kilka lat temu wyszłaś z gimnazjum i co? Siedziałaś na lekcjach i czekałaś tylko do ich końca, by coś ukraść, a w domu Twoi Rodzice leżeli nieprzytomni, bo ich rozrywką był alkohol? Chyba jesteś niesprawiedliwa w ocenie. A co z tymi, którzy chcą się czegoś nauczyć i rymowane definicje i przyozdobione plakaty są do tego zbędne, a potrzebują raczej nauczyciela, który im wytłumaczy materiał? Można realizować podstawę programową w taki sposób, by dotrzeć do każdego - wystarczy analizę podstawowych tekstów przeprowadzić tak, by mogli się utożsamić z bohaterami. Ale to wymaga pracy i wiedzy - przede wszystkim od Ciebie jako od nauczyciela.
OdpowiedzUsuńProgram jest niedoskonały i nigdy doskonały nie będzie, ale musi być taki sam - słyszałaś kiedyś o uczniach zmieniających szkołę? I co - w Warszawie ma się uczyć o tym, jak zawierać przyjaźnie, w Krakowie, jak przyrządzać sałatki, a Kielcach jak napisać list? Ironizuję, ale zastanów się nad tym.
I jeszcze dwie rzeczy - pierwsza - nie wiem, co wspólnego ma umiejętność dzielenia wyrazów na sylaby z rodzajami literackimi. Druga - zwróć uwagę, na słownictwo - czym jest 'minimalistyczny cel'? Może raczej 'minimalny'...?
Anonimowy,
OdpowiedzUsuńdziękuję za wypowiedź. Zachęcam do czytania ze zrozumieniem - nie powołuję się na wszystkie szkoły gimnazjalna, lecz na tą, w której mam okazję uczyć. Ponadto podaję przykłady, które sama zaobserwowałam.
Pati,
OdpowiedzUsuńnie zgadzam się z Tobą. Nie każdy potrafi znaleźć w sobie tyle motywacji, aby coś zmienić. Jak wytłumaczyć siedemnastolatkowi, który kradnie, aby zapewnić młodszemu rodzeństwu jedzenie, że powinien przestać, że najwyższy czas się uczyć, bo kiedyś to będzie opłacalne? Czy taka osoba myśli o tym, co będzie za dziesięć lat? Nie sądzę.
Mormo,
OdpowiedzUsuńnie wiążę uparcie gimnazjów z kradzieżami. Wiem, że są dobre szkoły, że można nawet po takim gimnazjum ukończyć dobre liceum, pójść na studia, mieć świetną pracę. Mój wpis związany jest z doświadczeniami, tym, co zaobserwowałam, ucząc w szkole, którą niemal każdy spycha na boczny plan. Pracując z uczniami, którzy nie widzą sensu w nauce (właściwie im się nie dziwię).
Anonimowy,
OdpowiedzUsuńnie będę tutaj wyjaśniła, że utwory liryczne poznajemy po specyficznej budowie (tutaj potrzebna znajomość strof, wersów, także sylab), proponuję wiedzę poszerzyć w książkach związanych z teorią literatury.
Zachęcam również do czytania ze zrozumieniem, gdyż nie odwołuję się do wszystkich szkół gimnazjalnych, lecz własnych doświadczeń związanych z jedną ze szkół.
Hej!
OdpowiedzUsuńZajrzałam tutaj przypadkiem, świetnie piszesz!
Ja chodziłam do gimnazjum przy liceum, świetnie je wspominam. Niestety, moj brat trafił do gorszego, rzeczywiście, nie było zbyt dobrze. To wynika z tego, że niektórzy uczniowie nie chcą pracować, w takich szkołach programy powinny byc nieco inne, np. nauczyc ich, jak napisac jakis list do urzedu, albo jak nawiazywac rozmowe, cokolwiek. Wtedy bylam zla, ale teraz szkoda mi tych dzieci. Dzialaj dalej, trzymam kciuki!
Uczę w szkole od 10 lat, od 3 dorabiam w jednej z gorszych w Łodzi. Widzę, że wypowiada się tutaj wiele zawistnych osób, którzy na siłę chcą Ci pokazać, że nie masz racji. Sandro, masz rację, ale nie zrozumie tego nikt, kto w takiej szkole nie uczył. Ja przez 7 lekcji tłumaczyłam odmianę czasownika 'to be'. Wiem, co przeżywasz, wiem, jakie to jest trudne. Widzisz, puściłaś piosenkę Grubsona, którą dzieci ostatnio uwielbiają, pokazałaś coś innego, od razu się zainteresowali. Dobrze, że podejmujesz takie działania, ale lektury muszą być omówione, także głupi Sienkiewicz. W takich szkołach rzeczywiście program powinien być inny. I nie, jak pisze jakaś niewykształcona osoba (szanowny anonimowy, słowo minimalistyczny jest, zachęcam do zajrzenia do słownika), w taki sposób, że jedni uczą się robić sałatkę, inni coś innego. Chodzi o to, że takie dzieciaki i tak nie przeczytają mickiewicza, po co ich do tego zmuszać? Nie lepiej zaszczepić w nich miłość do książek? Niech czytają fnatastykę, ale NIECH CZYTAJĄ! Niech nie uczą się funkcji matematycznych, niech wiedzą, jak obliczyć podatek, jak dobrze skonstruować maila do szefa! Oni, będąc w trzeciej klasie gimnazjum nie wiedzą tego. Skończą 18 lat i idą na ulicę, bo nie mają pracy, wykształcenia, nic nie potrafią. Albo żyją z zasiłku, albo kradną, zabijają... Nie mowie, ze duzo jest takich osob, ale troche jest (i w Łodzi, i w Bydgoszczy, i w Warszawie). Chyba im też trzeba pomóc?
OdpowiedzUsuńW każdej klasie są też indywidua które potrzebują takich z góry narzuconych schematów. Ja cieszyłam się z Sienkiewicza czy Gombrowicza, gdyby nie kazano mi po nich sięgnąć pewnie nigdy bym tego nie zrobiła choć część klasy miała gdzieś cały program. I nie ważne czy to Mickiewicz czy Przygody Kubusia Puchatka i tak nie zechcieliby o tym rozmawiać, bo to co narzuca szkoła jest ZŁE. Najlepiej sprawdziłby się program indywidualnie dopasowany do każdego ucznia, a przecież to niemożliwe. Przynajmniej na maturze można wybrać temat który nam odpowiada. Ale to niesamowite, że tak podchodzisz do swojej pracy. Oby więcej osób patrzyło na szkolnictwo tak jak Ty. A propos rady na moim blogu, otręby, tak próbowałam. Chyba po prostu muszę unormować posiłki.
OdpowiedzUsuńAnonimowy,
OdpowiedzUsuńz własnego doświadczenia wiesz, że szkoły są różne. Cieszę się, że doszłaś do takich wniosków.
Nauczyciel,
OdpowiedzUsuńdokładnie. Uczmy ich życia, aby mogli sobie zapewnić godne warunku za kilka lat.
Alexie,
OdpowiedzUsuńrzeczywiście, programy indywidualne byłyby najlepsze, ale - niestety - jest to niemożliwe. Wydaje mi się, że wystarczyłoby tutaj zmienić kilka elementów, czyli nauka życia po raz kolejny. Niech młodzież uczy się na chemii w ten sposób, aby idąc do drogerii, wiedziała, co dla nich będzie najlepsze. Na polskim uczmy poprawnej wymowy, chęci wypowiadania się, uczmy zainteresowania książką. Nie twierdzę, że nie mają być poruszane tematy Gombrowicza czy Sienkiewicza, ale róbmy to w inny sposób.
W szkole, w której teraz uczę, nikogo nie interesują książki. Dla wielu każdy dzień to walka, którą muszą wygrać. Walczą. Sami.
Widze, ze na twojego bloga wchodzi wielu nieszczesliwych, ktorzy zazdroszcza Ci sukcesu. Jakie oni musza miec smutne zycie... no, coz, bynajmniej nabijaja popularnosc! :@
OdpowiedzUsuńMareczek
OdpowiedzUsuńMoja znajoma miała wspaniałe wyniki w nauczaniu ale szybko ją zwolnili bo nie trzymała się programu.
Dobrze, że masz zapal do pracy, że naprawdę chcesz z nimi rozmawiać i ich wychować - rzeczywiście to powinno być glównym zadaniem szkoly, a nim nie jest.
OdpowiedzUsuńNie róbmy jednak ze wszystkich świętych dziewic - większość nie uczy się, a niekoniecznie żyje na granicy ubóstwa. Po prostu im się nie chce. A przecież są też biedne,naprawdę skrzywdzone przez los dzieciaki, które starają się mimo wszystko. Czy ulgi dla leserów będą wobec tego fair?
"Nie twierdzę, że nie mają być poruszane tematy Gombrowicza czy Sienkiewicza, ale róbmy to w inny sposób." W jaki sposób? Podaj przepis, scenariusz, tak, by nauczyciele zainspirowani Tobą mogli zaradzić problemom porzuconych, znudzonych i osamotnionych dzieci i zmienić. Powiedz, JAK?
OdpowiedzUsuńPS I w poście umieść, że to opinia o konkretnej szkole, a nie o całości gimnazjów, bo straszysz rodziców, że ich dzieci nic nie czeka przez trudne 3 lata w takiej placówce.
Mareczek,
OdpowiedzUsuńwłaśnie taki problem miałam na myśli poruszając ten temat. Niektórzy nauczyciele naprawdę chcą coś zmienić, jednak program ich ogranicza. Zauważam to podczas praktyk.
N.F.B.,
OdpowiedzUsuńdlaczego oni nie chcą? Ostatnio chłopak mi powiedział: "Po chuj mam się uczyć? Co z tego kurwa będę miał? I tak bez roboty, jak nie zakręcę, to nie dostanę."
Nie twierdzę, że nie mamy wymagać, jednak uczmy ich czegoś, co im się przyda w życiu. Ci ludzie nie potrafię napisać pisma do urzędu, nie wypowiedzą się na wiele tematów... - jak więc mają rozmawiać o poezji czy nieco trudniejszych tekstach epickich? Podkreślam, że nie chodzi mi tutaj o wszystkie szkoły gimnazjalne - przemyślenia dotyczą dwóch tygodni pracy w szczególnej placówce.
Anonimowy,
OdpowiedzUsuńwtrącenia typu: "Dwa tygodnie spędzone w gimnazjum rejonowym pokazały...", "Popołudnia spędzam na przygotowaniach...", "Staram się wytłumaczyć zadania..." pokazują, że mówię o swoich doświadczeniach w konkretnej placówce. Zachęcam do głębszego analizowania tekstu.
Temat nie dotyczy podawania rozwiązań, porusza problem programów, a wniosek z niego wypływający brzmi: takie same wymagania w każdej placówce nie są dobre, zaś ocenianie szkół po punktach otrzymanych przez uczniów na egzaminach jest błędem.
Jeśli interesują Cię konkretne rozwiązania, jako pierwsze mogę podać: analiza piosenki "Naprawimy to", duże zaangażowanie młodzieży podczas zajęć. Myślę, że niektórzy nauczyciele są pomysłowi, jednak często - ograniczani przez program. Nie twierdzę, że tak jest w każdej szkole, większość uczniów poradzi sobie (przy ciekawym przeprowadzeniu tematu) z wieloma tematami, jednak zdaję sobie sprawę, że w niektórych placówkach jest to niemożliwe. W opinii tej utwierdzają mnie doświadczeni pedagodzy, który ostatnie lata spędzili na pracy z młodzieżą.
Przecież Sandra mówi o centralnym zagadnieniu oświaty: PO CO do szkoły ? To jest pytanie fundamentalne, a takich pytań nie wypada zadawać w szkole. O takich sprawach nie rozmawia się w pokoju nauczycielskim, na radach pedagogicznych i wywiadówkach. W szkole to jest problem intymny, wstydliwy. To tak jak na imieninach nie lubimy rozmawiać o sensie życia, o bólu i cierpieniu wewnętrznym, o śmierci, o pięknie. Rozmawiamy o pierdołach. Tak i w szkole - rozmawiamy o czynnościach, zarządzeniach, procedurach - i to najczęściej w pośpiechu. O sensie, zasadach i celach nie wypada rozmawiać, jeśli nie chce się być uznanym z idiotę.
OdpowiedzUsuńJaki są cele szkoły ? Kto je określa, weryfikuje i aktualizuje ? Kto je zna ?! Czy te są adekwatne do rzeczywistych potrzeb i wymagań jednostki i zbiorowości ?
Bez odpowiedzi na te pytania szkoła zmierza w złym kierunku, który zilustrowała tutaj Sandra.
Próbujmy odpowiedzieć na podane pytania. Po co wysyłamy dzieci do szkoły ?
Danuta Sterna pisze tak: http://blogrodzica.nq.pl/?p=269
nie wszystkie znudzone edukacją dzieci pochodzą z patologicznych lub choćby patogennych środowisk.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się zresztą, czego sama jest dowodem, że środowisko w jakim się człowiek wychowuj nie zawsze ma znaczenie dla jego "pędu do wiedzy".
Myślę, że za moich czasów też niewiele osób było zainteresowanych nauczeniem się czegoś.
Wiesławie,
OdpowiedzUsuńcieszę się, że doskonale rozumiesz ten problem. Niestety, treść notki nie trafiła do wszystkich. Problem ogromny, zainteresowanie nim - niestety - nie.
Link pozwolę sobie polecić znajomym.
Ekarina,
oczywiście, że chodzi tutaj o pewną grupę - w żadnym momencie nie pomyślałam o wszystkich. Środowisko nie zawsze ma znaczenie, jednak w większości - tak, co potwierdza wielu psychologów, pedagogów...
Dzisiaj rozmawiałam z pewnym uczniem, który stwierdził: "Widzę, że się pani stara, ale po cholerę mam to robić? Jeszcze rok, wylatuję z kraju, w dupie z tą Polską. I tak nie mam tutaj życia, każdy uważa mnie za złodzieja, po co w ogóle pani ze mną rozmawia?". Kolejny: "Na cholerę mi ortografia? I tak wszyscy powtarzają, że nigdzie nie dojdę w życiu. Nikt nie widzi, że robię mniej błędów, każdy się wydziera, bo nie zdążyłem przeczytać lektury, a czas goni...".
Racja, szkoła nie uczy życia. Tam są tylko wbijane do głowy i oceniane rzeczy, które tak naprawdę rzadko się przydają w życiu.
OdpowiedzUsuńBardzo często słyszę "szkoła nie uczy życia". Fajnie byłoby przeanalizować co to znaczy "uczyć życia". Wrócę do tego pytania i zgłoszę się do odpowiedzi.
OdpowiedzUsuńA teraz o lekcji języka polskiego. Obyśmy wkrótce nie stwierdzili, że jest to lekcja martwego języka. Zgadzam się z Tobą, Sandro, szkoła nie powinna "memłać" ciągle tych samych zagadnień i lektur, ciągle w niezmienny sposób. Dlaczego szkoła uczy o literaturze, a nie uczy o telewizji ? Przecież telewizja bardzo mocno tkwi w życiu jednostki, rodziny, społeczeństwa. Dlaczego analizujemy w szkole utwory literackie, a nie analizujemy naszej codziennej karmy, która kształtuje nasze mózgi, nawyki, charaktery, obyczaje, światopogląd ? Przecież to jest jakiś idiotyzm. To tak jakby uczyć zachowania przy stole w gronie dyplomatyczno-arystokratycznym ludzi, których najwyższym poziomem konsumpcji jest wizyta w PizzaHut. Zaznaczam wyraźnie: jestem przeciwny odrzuceniu przez szkołę Sienkiewicza lub Balzaca. Ale bez zaślepienia ! Efekt jest taki, że to właśnie szkoła zniechęca ludzi do czytania książek.
Tradycyjna szkoła otwiera przed dzieckiem świat konieczności (musisz, powinieneś, rób), nowoczesna - możliwości (masz możliwość, próbuj, wybieraj).
OdpowiedzUsuńSandro!
OdpowiedzUsuńPopieram Cię we wszystkim!
Podobne poglądy głosiłem jako młody nauczyciel i jestem pewien, że zachowasz ogromną dozę „własnego ja”, chociaż rzeczywistość i ludzie, z którymi przyjdzie Ci się zderzyć w codziennej pracy szkolnej, będą usiłowali sprowadzić Cię do tzw. „normy sztywnego pedagoga”... Mnie, oczywiście, nie ukrywam, też „nieco zmiękczono”, dostosowano do pewnych reguł współpracy z „gronem” (ale jest to proces nieunikniony, niestety...), jednak do dziś w trakcie moich zajęć nie zrezygnowałem z rozmowy, objaśniania, wskazywania kontekstów, odwoływania się do życia, dowcipu, czytania, interpretacji itp. itd. Tyle tylko, że taki sposób prowadzenia zajęć wymaga pracy w domu, „zdzierania gardła” na lekcjach, przychodzenia i zostawania przed lub po lekcjach, siedzenia do północy nad papierami, wyciszania własnego ego(izmu!), odporności na kpiące uśmieszki koleżeństwa i wielu innych rzeczy – i tu kryje się odpowiedź na podstawowe pytanie: dlaczego tak mało nauczycieli uznajemy za dobrych... (no, ale to odnosi się do także do rodziców lub wykonawców innych zawodów - ilu znanych nam lekarzy uznajemy za naprawdę porządnych, a ilu rodziców spędza wieczorem 2-3 godziny z własnym dzieckiem, czytając lub pomagając mu coś zrozumieć?!). „Drzazgę u innych dojrzą, a u siebie belki nie dostrzegą?...”
Po prostu (choć dla niektórych to nie takie oczywiste...) – z jednej strony - trzeba być naturalnym, mieć odrobinę „luzu” i dystansu do siebie i innych, ale z drugiej (i to jest chyba najważniejsze!) – poświęcać czas, nieustannie pracować, pogłębiać wiedzę, śledzić życie wokół siebie, myśleć nad tym, co powie się w określonej klasie, nie zasklepić się we własnej skorupie, widzieć, czym żyją inni, nieustannie szukać sposobów realizacji materiału w różnych okolicznościach, bo „nic dwa razy...”. No i, oczywiście, koniecznie należy - czasami sprytnie, po cichu, wręcz przebiegle! - przemycać swoim uczniom to co zdrowe i mądre, bez oglądania się na programy, polityków, dyrektorów i „kwękające grono”. Prosta zasada: im częściej okażesz się człowiekiem, tym więcej inni ludzie ci uwierzą, a ty ich czegoś nauczysz i wychowasz! Wtedy pojawi się szansa na „zrobienie” czegoś także z „suchej podstawy programowej”.
I tu leży pies pogrzebany: takiej ”roboty” niewielu chce się podjąć... A przecież daje się ją pogodzić: i z kinem, i znajomymi, i z piwkiem w gronie kolegów, i z działką, i z wychowaniem własnych dzieci, i z całą masą innych zajęć czy zainteresowań – naprawdę, sam to sprawdzam od lat, mimo że nieraz się dziwię, jak ze wszystkim „się wyrabiam”, nie jestem „molem”, mam dzieci, oglądam filmy, słucham muzyki (nawet dużo!), więc niech nikt mi nie mówi, że teoretyzuję. Po prostu, nie oszukujmy się: najtrudniejsze jest pokonanie własnego, osobistego LENIA!!!
Ty, Droga Sandro, już jesteś dalej od innych, działasz, szukasz sposobów, nie boisz się pracy, „zabijasz” swego lenia, dajesz coś innym, masz w sobie ducha Cezarego Baryki (wiem, wiem, patos... ale chyba wiesz, o co mi chodzi), nawet jeśli czasem błądzisz i wątpisz, szukasz dalej drogi mądrzejszej, pożyteczniejszej. Jesteś na początku drogi, więc nie zrażaj się różnymi upadkami (koń ma cztery nogi i też się potknie!...) i –jak mawiał pewien pisarz– słuchaj uważnie krytyki i uwag jedynie tych, którzy sami coś zrobili i osiągnęli.
Pozdrawiam:)
nonez
Szkoły właściwie tylko uczą, a powinny uczyć i kształtować człowieka dla dobra społeczności, których człowiek jest członkiem.
OdpowiedzUsuńEv,
OdpowiedzUsuńniestety, zazwyczaj tak jest.
Wiesławie,
OdpowiedzUsuńchętnie poznam Twoje przemyślenia na ten temat (sądzę, że będą nawiązywały do przykładów związanych z językiem polskim).
Niestety, wszystko zmierza ku uznaniu tego języka za martwy - świadczy o tym podejście zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Czasami dziwię się, że jeszcze kocham ten przedmiot, że czytanie książek sprawia mi tyle przyjemności - w szkole lektury omawiało się 'byle szybko, bo się nie wyrobimy'. Metody wykładowe, co jakiś czas pytanie, aby w dzienniku znalazła się ocena...
Porównanie należałoby przedstawić tym, który odpowiadają za programy (choć ostatnio często zastanawiam się, czy są w stanie zrozumieć cokolwiek...).
Przykre, że uczniowie są zniechęcani do nauki, do czytania, do pisania, do mówienia. Do życia na odpowiednim poziomie.
Nonez,
OdpowiedzUsuńmam nadzieję, że zachowam w sobie to, co podziwiam każdego dnia. "Norma sztywnego pedagoga" okazała się występująca nad wyraz często (o dziwo, także na uczelniach).
Odporności cały czas się uczę. Głównie poprzez rozładowanie napięcia w domu (płacz, poczucie bezradności). Wierzę, że z czasem to przejdzie (chyba muszę zaakceptować pewne 'normy'). Swoją drogą cieszę się, że nie należę do 'nauczycieli na poziomie', którzy swoje frustracje wyładowują na niewinnych dzieciach.
Wierzę, że kiedyś uda mi się wszystko pogodzić. Aktualnie jest to trudne: zazwyczaj mam wrażenie, że mogłam coś zrobić więcej, lepiej, ciekawiej, że młodzież na to zasługuje.
Cieszę się, że wokół mnie jest wiele mądrych osób, których krytykowanie polega na nauce, nie na upokorzeniu.
Dziękuję bardzo za miłe słowa. Podążam dalej tym szlakiem. Z przyjemnością.
Anonimowy,
OdpowiedzUsuńmam nadzieję, że niebawem to się zmieni.
Sandro.
OdpowiedzUsuńPierwsze przemyślenie - osobiste: masz moje wsparcie. Każdy człowiek potrzebuje wsparcia, a nauczyciel i uczeń szczególnie.
Drugie przemyślenie: szkołę można ulepszać tylko od środka (zmienianie trzeba zaczynać od siebie).
Szkołę może być zmieniana dwoma sposobami:
- w ramach obecnego, "ptolemejskiego" systemu, czyli tak jak robi nonez lub nauczyciele skupieni wokół CEO. Ten sposób jest bardzo męczący, skuteczny indywidualnie, ale jego skazany na totalną porażkę
- poprzez zmianę systemu na "kopernikański". Przykładem są szkoły Montessori. Są niszowe, tak jak niszowi byli pierwsi chrześcijanie, są nietypowe, jak nietypowy był Kopernik.
Jak dokonać tej rewolucji ? O tym rozmawia wielu ludzi. O tym będzie VI Kongres Obywatelski 5 listopada.
Moja propozycja jest ciągle ta sama: SZKOŁA SZACUNKI I DIALOGU. Szacunek i dialog jako podstawowy cel i metoda działania w szkole. Na przykład na j.polskim: masz wybór - czytasz Pana Tadeusza naprawdę, a jak nie chcesz przygotuj coś o współczesnej Litwie, a jak nie chcesz to musisz sam zaproponować co zrobisz.
itd. itp
Wiesławie,
OdpowiedzUsuńodnośnie zmian w szkole całkowicie się z Tobą zgadzam. Nie ma sensu walczyć z całym światem, zacznijmy zmieniać lokalne środowisko.
Szkoła Montessosi jest zbliżona do wymagań wielu osób, jednak jak stopniowo ją wprowadzić? Wymaga to wielu, wielu lat pracy.
Do 5 listopada daleko, ale nabieram coraz większych chęci na odwiedzenie Warszawy.
Taka praca na języku polskim - marzenie. Wreszcie byłaby to PRACA uczniów!