26 października 2011

WYMAGAĆ WIĘCEJ

Narzekanie na niski poziom kształcenia studentów staje się coraz głośniejsze. Nauczyciele i wykładowcy od kilku lat krytykują współczesne tendencje. Co z tych negatywnych ocen wynika?

Masowe kształcenie i czynniki ekonomiczne sprawiają, że coraz więcej osób decyduje się kontynuować edukację na uczelniach wyższych – obecnie liczba ta jest pięć razy większe niż przed rokiem 1989. Czyż nie powinna być to optymistyczna informacja? Niestety, mimo natężonej ilości dokumentacji potwierdzającej wyższe wykształcenie, poziom wiedzy i umiejętności nie wzrasta.

Studia stały się ogólnodostępne - dawna eliminacja pozwalająca na naukę tylko najlepszym, zniknęła. Co więcej, uczelnie podkreślają jak bardzo zależy im na żakach: prześcigają się w liczbie propozycji, walcząc o niemal każdą osobę. Niegdyś prestiżowe dostanie się na studia, prestiżowe być przestało. Jak wygląda kwestia (także niegdyś trudna) ukończenia nauki i otrzymania dyplomu? Z obserwacji wynika, że nie sprawia to szczególnych trudności. „Od poprawki do poprawki, rok za rokiem mija…” – coraz częściej słyszy się wśród żaków.

Dlaczego tak się dzieje?  Kwestię ciekawie  wyjaśnia dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM: „Jeżeli na dziesięciu studentów pięciu jest powyżej przeciętnej, to odsetek bardzo dobrych studentów wynosiłby 50 procent. Jeżeli natomiast w grupie pięćdziesięciu studentów tych wybitnych znajdzie się dziesięciu, to wspomniany wskaźnik wyniesie zaledwie 20 procent. A więc moglibyśmy powiedzieć, że rzeczywiście obserwujemy spadek poziomu nauczania. Jeżeli jednak porównamy liczby absolwentów wybitnych, to obserwujemy wzrost efektywności nauczania o 100 procent (dziesięciu zamiast pięciu). Ośmielam się więc twierdzić, że domniemany spadek poziomu nauczania jest tylko złudzeniem i wynika z masowości kształcenia na poziomie wyższym.” Czyż w tej opinii nie znajduje się choć ziarenko prawdy?

Stosunkowo często można także spotkać się z opiniami, które zarzucają, że wykładowcy zbyt mało wymagają od swoich podopiecznych. Nierzadko znajdują one pokrycie z prawdą, jednak warto wziąć pod uwagę fakt, że nauczyciele także muszą dostosować  się do pewnych tendencji. Niektórzy otwarcie mówią, że uznawanie egzaminów jako niezaliczone powoduje powstawanie nowych problemów i pretensji ze strony przełożonych. Zamiast tego wolą więc wpisywać trójki, jak twierdzą, „dla świętego spokoju”.

Co robią w tej sprawie studenci? Część cieszy się, że nie musi zbyt dużo czasu poświęcać na naukę. Kolejna grupa (sądzę, że równie liczna) narzeka, że nie może rozwijać swoich pasji. Wymagań zmienić łatwo się nie da, nowej rzeczywistości zbudować także… - co więc robić? Najprostszym sposobem wydaje się zamienienie narzekanie na  „wymagam więcej od siebie”. W ten sposób rozwiązałoby się wiele problemów: na uczelniach pojawiłoby się więcej kół naukowych i organizacji studenckich, wiedza z danego zakresu by się poszerzała, wielu żaków mogłoby się rozwijać, nie mówiąc przy tym zabiciu  uczelniane nudy.

Nieprzychylność ze strony rówieśników, brak współpracy i chęci do robienia czegokolwiek rozprzestrzeniają się coraz szybciej. Warto zacząć dawa­ć przykład swoim działaniem, pamiętając o słowach znanego przemówienia: Musicie od siebie wymagać, choćby inni od Was nie wymagali.

19 października 2011

BEZ RELIGII ANI RUSZ

Spór dotyczący nauczania religii w szkołach trwa niezmiennie od lat. Czy ktoś wreszcie zwróci uwagę na tych, którzy powinni być w nim najważniejsi?

Problem zazwyczaj narasta przed wyborami, gdy zarzuty w stosunku do konkurentów powinny być głośniejsze. Pojawiają się kłótnie i ataki wobec wygłaszających bez obaw swoje negatywne zdania na ten temat. Zdania – podkreślę - które zazwyczaj wcale nie są związane z wrogim nastawieniem do Kościoła i wiary. Zewsząd docierają debaty często niemające sensu, artykuły i audycje, w których nikt nie zwraca uwagi na potrzeby samych zainteresowanych. Czy obserwacja otaczającej rzeczywistości nie wystarcza, aby zauważyć, że wymarsz młodych z kościoła się nasila, a lekcje religii coraz częściej są omijane? 

Argumenty związane z tym, że nikt nie zmusza dziecka do uczęszczania na zajęcia, nie wydają się prawdziwe. Już w szkole podstawowej uczeń, który nie pojawi się na nich, jest piętnowany (niestety, nie tylko przez swoich rówieśników). Późniejszy okres buntu przysłania sprawę, gdyż staje się świetnym wytłumaczeniem braku zainteresowania religią. W szkołach średnich młodzi nie kryją, że przedmiot ten służy do przepisywania zaległych zadań domowych czy zaczepiania nauczyciela. Opiekuna, który często nie daje sobie rady z uczniami – zazwyczaj nie ma żadnego przygotowania pedagogicznego.

Kolejny aspekt często pojawiający się w różnych dyskusjach: ocenianie. Wydawałoby się, że zajęcia oparte na nauczaniu biblijnym z takich praktyk zrezygnują. Tymczasem dzieci, szczególnie te młodsze, narażone są na kolejne emocje i stres. Czy to naprawdę jest zgodne z religią katolicką?

Coraz częściej poruszany jest temat szkodliwości nauczania religii. Teoria ta nie wydaje się zbytnio odbiegająca od prawdy. Uczniom mówi się, że homoseksualizm jest naruszeniem naturalnego ładu moralnego, a seks przed małżeństwem, który wśród młodzieży jest normalną sprawą, niemal nie uzyskuje komentarza, gdyż katecheci nie wiedzą, jak reagować. Rozwiązanie? Jak najszybsze usunięcie przedmiotu ze szkół: czy to poprzez przeniesienie go do salek katechetycznych, czy zastąpienie przedmiotem religioznawstwo. Z korzyścią dla wszystkich, zwłaszcza tych, którzy rzeczywiście chcą pogłębiać swoją wiedzę na temat wiary katolickiej.

9 października 2011

Z CYGANEM NIE ROZMAWIAJ


Tolerancja – określana mianem kluczowej nie tylko dla spraw związanych z religią, orientacją seksualną czy pochodzeniem – i rozmowy o niej, stają się coraz popularniejsze. Kiedy „kluczowa” będzie oznaczało uznanie jej za jedno z ważniejszych zagadnień w naszym życiu?

Problem ten, podobnie jak wiele innych, należałoby podzielić na kilka mniejszych podkategorii. Zaskakującym nie jest fakt, że pierwsze miejsce w takowym „rankingu” niezmiennie zajmują rodzice – wiodą tutaj prym od lat. Zaczyna się w czasach przedszkolnych, gdy słyszymy, że ich dziecko ma najładniejsze włosy, najładniejsze ubrania, a właściwie to „najładniejsze wszystko”. Pozostali najzwyczajniej są gorsi, ewentualnie przeciętni. Nie bawimy się więc z sąsiadem, bo jego rodzice nie chodzą do kościoła, a koleżanka z klasy koleżanką być przestaje, gdy dowiadujemy się, że jej tata ma ciemniejszy kolor skóry. Selekcjonujemy ludzi na posiadających swoje firmy i pracujących w warzywniaku, na tych pochodzących z dobrych domów i wychowanych w złym środowisku. Ile podobnych sytuacji pojawiło się w Twojej rodzinie? 

Szkoła – kolejne, tym razem chyba większe, rozczarowanie. Większe, ponieważ mamy do czynienia – teoretycznie – ze specjalistami. Czy możemy od nich oczekiwać, aby uczyli nasze dzieci tolerancji? My MUSIMY to robić! To niedopuszczalne, aby ludzie mający stanowić wzór dla naszych dzieci, zachowywali się w tak naganny sposób. To niedopuszczalne, abyśmy my (nawet, jeśli w przeszłości popełniliśmy błędy w tej kwestii) na to pozwalali. Starajmy się współpracować, zauważając to, co złe, wdrażając w swoje życie dobre nawyki.

Kacpra poznałam po 20 godzinach wspólnych zajęć. Wyciszony, nie wykazujący jakichkolwiek chęci do pracy, momentami zachowujący się agresywnie. „Nim się nie przejmuj, nie warto…”- zapoznawałam się z opiniami kolejnych nauczycieli i uczniów. Z czasem okazało się, że rzeczywiście nie warto się przejmować, jednak nie uczniem, lecz komentatorami, którzy z braku chęci (nie wierzę, aby w tej kwestii nie pojawił się żaden pomysł), przepisali chłopakowi łatkę trudnego dziecka. Trudnego, bo był Cyganem: „brudasem, złodziejem, krętaczem, oszustem, idiotą”.
Czy naprawdę chcemy żyć w miejscu, dla którego „tolerancja” będzie obcym słowem? Czy naprawdę warto jest  kreować świat, przed którym wielu z nas już teraz chce uciekać?

1 października 2011

PRZEGRANI

Edukacja skuteczna, przyjazna i nowoczesna – ile wspólnego z prawdą ma nagłaśniane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej hasło? Może należałoby zapytać, czy łączy je cokolwiek, skoro 93% uczniów nieustannie doświadcza stresu, który najczęściej kojarzy im się ze strachem, lękiem i zagrożeniem? 

Oczywistym jest fakt, że wymagania edukacyjne i podejście pedagogiczne powinny być dostosowane  do możliwości każdego ucznia. Mimo tego, czynnik ten od lat stanowi brakujące ogniwo w szkołach. Dlaczego dziwi nas pojawiające się coraz częściej: agresja, złość, arogancja czy obojętność, skoro sami systematycznie walczymy o ich rozrost?  

Obserwując zachowanie uczniów w bydgoskim gimnazjum, w tym, o którym słyszy się: „totalny syf”, „melina”, z pewnością mogę stwierdzić, że w dużej mierze przyczyną problemów tam występujących, są niekompetentni nauczyciele. Ludzie, którzy na czas prowadzenia zajęć wyrzucili ze swoich słowników wyrazy związane ze wsparciem, pomocą, akceptacją, zrozumieniem. Ci, którzy po pięciu latach studiów, dumnie nazywają się pedagogami, w rzeczywistości nie mając z tą dziedziną zbyt wiele wspólnego.

Już w pierwszych klasach następuję podział „na tych dobrych i złych”. O ile ci pierwsi zbierają piątki, pochwały, biorą udział w zajęciach dodatkowych, drugimi nikt się zbytnio nie interesuje. Przecież „oni i tak tego nie zrobią”. Nie warto więc poświęcać im naszego cennego czasu, nie warto rozmawiać, radzić, wspierać. Cóż dziwnego w tym, że wrzuceni do worka z napisem „Przegrani”, nie robiąc nic, co mogłoby zmienić ich życie na lepsze?

Zagrożenie wypaleniem zawodowym w takich miejscach jest na pewno powiększone. Nie tłumaczy to jednak zachowania nauczycieli, którzy komentują swoje lenistwo i brak zapału tym, że „szkoła jest trudna”. Szkoła nie jest budynkiem, któremu przypisuje się łatkę. To społeczność, którą jesteśmy, to relacje, które kreujemy. Przyznajmy się, jeśli takie działania nam nie wychodzą. Przyznajmy się przede wszystkim przed sobą i pozwólmy robić to innym.