Narzekanie na niski poziom kształcenia studentów staje się coraz głośniejsze. Nauczyciele i wykładowcy od kilku lat krytykują współczesne tendencje. Co z tych negatywnych ocen wynika?
Masowe kształcenie i czynniki ekonomiczne sprawiają, że coraz więcej osób decyduje się kontynuować edukację na uczelniach wyższych – obecnie liczba ta jest pięć razy większe niż przed rokiem 1989. Czyż nie powinna być to optymistyczna informacja? Niestety, mimo natężonej ilości dokumentacji potwierdzającej wyższe wykształcenie, poziom wiedzy i umiejętności nie wzrasta.
Studia stały się ogólnodostępne - dawna eliminacja pozwalająca na naukę tylko najlepszym, zniknęła. Co więcej, uczelnie podkreślają jak bardzo zależy im na żakach: prześcigają się w liczbie propozycji, walcząc o niemal każdą osobę. Niegdyś prestiżowe dostanie się na studia, prestiżowe być przestało. Jak wygląda kwestia (także niegdyś trudna) ukończenia nauki i otrzymania dyplomu? Z obserwacji wynika, że nie sprawia to szczególnych trudności. „Od poprawki do poprawki, rok za rokiem mija…” – coraz częściej słyszy się wśród żaków.
Dlaczego tak się dzieje? Kwestię ciekawie wyjaśnia dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM: „Jeżeli na dziesięciu studentów pięciu jest powyżej przeciętnej, to odsetek bardzo dobrych studentów wynosiłby 50 procent. Jeżeli natomiast w grupie pięćdziesięciu studentów tych wybitnych znajdzie się dziesięciu, to wspomniany wskaźnik wyniesie zaledwie 20 procent. A więc moglibyśmy powiedzieć, że rzeczywiście obserwujemy spadek poziomu nauczania. Jeżeli jednak porównamy liczby absolwentów wybitnych, to obserwujemy wzrost efektywności nauczania o 100 procent (dziesięciu zamiast pięciu). Ośmielam się więc twierdzić, że domniemany spadek poziomu nauczania jest tylko złudzeniem i wynika z masowości kształcenia na poziomie wyższym.” Czyż w tej opinii nie znajduje się choć ziarenko prawdy?
Stosunkowo często można także spotkać się z opiniami, które zarzucają, że wykładowcy zbyt mało wymagają od swoich podopiecznych. Nierzadko znajdują one pokrycie z prawdą, jednak warto wziąć pod uwagę fakt, że nauczyciele także muszą dostosować się do pewnych tendencji. Niektórzy otwarcie mówią, że uznawanie egzaminów jako niezaliczone powoduje powstawanie nowych problemów i pretensji ze strony przełożonych. Zamiast tego wolą więc wpisywać trójki, jak twierdzą, „dla świętego spokoju”.
Co robią w tej sprawie studenci? Część cieszy się, że nie musi zbyt dużo czasu poświęcać na naukę. Kolejna grupa (sądzę, że równie liczna) narzeka, że nie może rozwijać swoich pasji. Wymagań zmienić łatwo się nie da, nowej rzeczywistości zbudować także… - co więc robić? Najprostszym sposobem wydaje się zamienienie narzekanie na „wymagam więcej od siebie”. W ten sposób rozwiązałoby się wiele problemów: na uczelniach pojawiłoby się więcej kół naukowych i organizacji studenckich, wiedza z danego zakresu by się poszerzała, wielu żaków mogłoby się rozwijać, nie mówiąc przy tym zabiciu uczelniane nudy.
Nieprzychylność ze strony rówieśników, brak współpracy i chęci do robienia czegokolwiek rozprzestrzeniają się coraz szybciej. Warto zacząć dawać przykład swoim działaniem, pamiętając o słowach znanego przemówienia: „Musicie od siebie wymagać, choćby inni od Was nie wymagali”.