Kolejny rok szkolny otwiera przed nami nowe wymagania egzaminacyjne. Więcej pisania „pod klucz”, więcej liczenia tego, co prawdopodobnie nigdy się nie przyda, więcej historycznych dat i biologicznej łaciny. Ile z tych elementów pozostanie w głowach uczniów? Co w przyszłości może zostać wykorzystane?
Z lat szkolnych w mojej pamięci pozostało dużo oburzenia: na system, nauczycieli i podręczniki, których zawartość trzeba było wrzucić do głowy. Do dzisiaj nie potrafię wyjaśnić, dlaczego definicję romantyzmu musiałam recytować (o wyjaśnianiu własnymi słowami nie mogło być mowy), śpiewająco znać daty (najlepiej dzienne) starożytnych bitew, orientować się w ciągach i całkach czy zapamiętać listę wzorów chemicznych. Nie potrafię również – co zauważałam już kilka tygodni po klasówce – recytować książki do nauki języka polskiego, rozwiązywać zadań matematycznych i chemicznych. O historii i literaturze wiem tyle, ile chciała moja ciekawość (szkoła z tym wspólnego za dużo nie miała), skomplikowane liczenie (jakże nieprzydatne w życiu codziennym) z pamięci zostało wyrzucone całkowicie. Jako studentka staram się – samodzielnie – poznać podstawy prawa i księgowości, posiąść szerszą wiedzę na temat współczesnego świata, ćwiczyć wystąpienia publiczne, panować nad stresem, poznając przy tym podstawy psychologii i pedagogiki. Zyskać to, co w życiu – jeśli nie niezbędne – na pewno jest pomocne.
Któż z nas nie słyszał, że „szkoła nie przygotowuje do życia”? Ile razy – z marnym skutkiem – staraliśmy się odszukać sensu w określeniu „egzamin dojrzałości”? Ile godzin spędziliśmy na pamięciowym opanowaniu podręcznika? Odpowiedzi, w wielu przypadkach, zabrzmią podobnie. Tak, współczesna szkoła do życia nie przygotowuje, jednak czekanie na „zmiany odgórne” nie zmieni absolutnie niczego. Nie zmieni, ponieważ może trwać dziesięć, piećdziesiąt czy sto lat.
Nasza reakcja i bunt tam, gdzie to możliwe, wydają się najskuteczniejsze. Nie krzyki i zabawy rozkazodawcze, lecz rozmowy na temat tego, z czym się nie zgadzamy. Podsuwanie pomysłów, szukanie wspólnych rozwiązań. Zaproponowanie wycieczki klasowej, której głównym punktem będzie integracja, a nie bieganie z jednego muzeum do drugiego. Zwrócenie uwagi na nudne lekcje przedsiębiorczości, zbyt dużo sprawdzianów w ciągu tygodnia i „czytanie książek” przez nauczycieli. Tłumaczenie swoim dzieciom, że mają prawo dostrzegać, że punkt regulaminu szkolnego jest łamany oraz zasugerować, że dana forma prowadzenia zajęć im nie odpowiada.
Podobno z nauczycielami się nie zadziera, bo to oni mają zawsze rację. Nie zadziera się, bo potem pojawia się zemsta, gnębienie, skargi u dyrekcji… Czy jednak bez zwracania uwagi na to, co złe, możemy zmienić to, czego nie akceptujemy?
Zgadzam się w stu procentach. Nie tylko nauczyciele, ale też uczniowie są spaczeni przez system. Ostatnio na lekcji z jednym uczniem próbowałam w przystępny i logiczny sposób wytłumaczyć mu tworzenie rzeczowników złożonych w niemieckim. Podawałam różne najśmieszniejsze, najdziwniejsze i niekoniecznie istniejące kombinacje, żeby zrozumiał, że język niemiecki jest na tyle elastyczny, że w większości przypadków jest to kombinacja istniejących już i znanych słów, a w razie potrzeby "można stworzyć nowe słowo". Po 20 minutach powiedział mi, że skoro tego nie ma w podręczniku, to on tego nie będzie się uczył, że on woli wykuć podręcznik na pamięć niż zrozumieć zasadę tworzenia. W wielu przypadkach uczniowie są już po prostu przyzwyczajeni do systemu, który jest dla nich w dużej mierze ułatwieniem, ale owszem bywa też zmorą.
OdpowiedzUsuńZmiany powinny być wprowadzane od początku edukacji, wtedy niewątpliwie byłoby łatwiej.
UsuńBardzo ładnie napisane, zresztą sam mam bardzo podobne przemyślenia :) Trzeba o takich rzeczach pisać ... ale obawiam się że tylko tyle możemy zrobić, bo raczej jakiejś znaczącej reformy to się nie doczekamy - władzy się to "nie opłaca" (podobnie jak i robienie innych ważnych reform).
OdpowiedzUsuńBo i po co. Własne dzieci elity i prominenci rządzący tym biednym krajem i tak wyślą na Sorbonę czy Harvard. A co tam, przecież ich stać. Przecież są u steru głównie dzięki temu że tu rewolucji nie robią. A co będzie potem ? Nieważne, przecież "po nas choćby potop" ...
Ech, "dzieje głupoty w Polsce" wymagają dopisania nowych rozdziałów ... Pozdrawiam i życzę optymizmu mimo wszystko ;)
Dziękuję. Masz rację, trzeba o tym pisać, ale - przede wszystkim - trzeba wprowadzać zmiany w codzienności. Zacznijmy od nas, na to wpływ mamy. Powodzenia! ;)
UsuńKolejna świetna publikacja... Jestem przykładem sprzeciwienia się nauczycielowi i systemu kształcenia, który prowadził. Miałem po tym małe problemy, ale najważniejsze, że były zmiany, niewielkie, ale od czegoś muszą zacząć... Szkoła jest dla uczniów i to oni powinni kreować nowe pomysły na poprawę przestarzałego już systemu szkolnictwa.. Pozdrawiam:) "...Trzeba działać, aby rzeczy się stawały, a nie czekać aż się staną..."
OdpowiedzUsuńPablo,
UsuńTwoje doświadczenia pokazują, że warto tak postępować.
Cytat jak najbardziej prawdziwy.
Pozdrawiam!
Ja dziś chodząc do szkoły muszę się uczyć kartki A4 regułek matematycznych (na pamięć, tez nie ma mowy o "własnymi słowami") co tydzień. Pani w poniedziałek wstawia na Facebooka nowy zbiór regułek i my musimy drukować i się uczyć, a w piątek kartkówka. Najgorsze jest to, że w żadnym stopniu nie ułatwia nam to rozwiązywania zadań matematycznych, a większość po prostu uczy się tej kartki na pamięć, jak wiersza. A czy takim sposobem zrozumie?
OdpowiedzUsuńPanMM,
Usuńmoże spróbujcie napisać do Niej list, podpisując się "Uczniowie"? Wyjaśnijcie tam, że taki sposób nauczania Wam nie odpowiada, że Ona na pewno wie, jak ważne jest zrozumienie regułek, że tydzień po "wykuciu" zbyt wiele nie pamiętacie?
Myślę, że warto spróbować! :)
Nauczyciele po prostu by nie wiedzieli o co chodzi gdyby powiedzieć coś własnymi słowami zamiast wyrecytować gotową formułkę, którą już znają. Sandra zostań "ministrą" edukacji :)
OdpowiedzUsuńKamilu,
Usuńgdybym rzeczywiście miała na coś wpływ, będąc "ministrą" edukacji, chętnie bym się tego podjęła. Obawiam się jednak, że będąc na tym stanowisku, polecenia i tak są wydawane "odgórnie". Pozdrawiam! ;)
Oczywiście masz rację. Ja bym był pewnie premierem, więc kto wie czy bym nie uległ takiej pięknej i inteligentnej podwładnej :)
Usuń