10 kwietnia 2012

EGZAMINÓW CZAS

Niedawno (dokładniej: tydzień temu) szóstoklasiści przystąpili do pierwszego TAK poważnego egzaminu. Namiastkę stresu, który towarzyszył temu wydarzeniu, poznali kilka lat wcześniej, podczas sprawdzianu trzecioklasistów. Dlaczego dwunastolatkowie muszą (i czy rzeczywiście muszą) przeżywać tyle stresu?

„Szóstoklasisto! Sprawdzian już za tydzień!” – kolejna gazeta znajdująca się w przydomowym kiosku wywołała moje zainteresowanie. Sprzedawczyni dopowiedziała, że towar rozchodzi się dzisiaj „jak świeże bułeczki”. „W końcu do egzaminu cztery dni, nie wie Pani?!" - oburzenie uwidaczniało się z każdym słowem. Zaproponowała przy tym kilka innych pozycji, dzięki którym moje dziecko będzie mogło zdać egzamin. Tak, jakby bez całej otoczki medialnej szanse podopiecznych malały. Najwidoczniej nagłaśnianie podsumowujących sprawdzianów w szkole przestało być wystarczające, zaś znaczna część rodziców popadła w to błędne koło, niejednokrotnie samemu je nakręcając.

Wspomnienia egzaminu dwunastolatka, które pozostały w mojej głowie, to – przede wszystkim – wypowiedzi nauczycielki, która powtarzała (od początku roku szkolnego), że od kwietniowego egzaminu zależy wiele. Właściwie często podkreślała, że zależy niemal wszystko: punkty uzyskane na egzaminie umożliwią nam dostanie się do dobrego gimnazjum, zaś nauka podjęta tam pozwoli nam zdobyć kolejną ilość punktów, które z kolei będą niezbędne podczas składania papierów do szkoły średniej. Z perspektywy czasu pogoń za punktami wydaje się komiczna, jednak widok dwunastolatka jest całkowicie odmienny: „Mamo, muszę mieć co najmniej 38 punktów”. Tak w tym roku mówił mój brat, jego koledzy z klasy, sąsiadka z góry i dzieci znajomych.  Podobne zdanie mieli niektórzy nauczyciele, którzy nie widzieli nic dziwnego w wyrażaniu go kilkanaście minut przed rozpoczęciem egzaminu.

Przeciętne obserwacje pozwalają nam stwierdzic, że egzaminy opanowały współczesną edukację. Młodzież nie uczy się po to, aby wiedzieć, wykorzystać to w praktyce,  mieć łatwiejsze życie czy zapewnione poczucie bezpieczeństwa.  Zdanie „uczysz się dla siebie” stało się niemodne. Teraz uczymy się po to, aby dostać się na dobre studia, „mieć w kieszeni dobry papier”. A dalej „się zobaczy”.
     
Na istnienie egzaminów dużego wpływu nie mamy – wytyczne są określane w stolicy, a nasze protesty raczej nie spotkałyby się z dużym uznaniem. Może chociaż warto przestac kreować otoczkę ważności wobec tego, co w rzeczywistości nie powinno być wynoszone na piedestał? Dzieci mogą do egzaminu podchodzić z uśmiechem, młodzieńczym spojrzeniem – przecież wynik testu nie przekreśla ich życia. Niestety, obserwacje kolejnego egzaminu pokazały, że trzeba dużo pracować, aby takie podejście zostało uznane za element rzeczywistości.

20 komentarzy:

  1. Ja osobiście skończyłam 8 klas podstawowki, do żadnego gimnazjum nie chodziłam tylko do liceum i musze przyznać że obecny system uważam za poroniony . Dawniej było lepiej, człowieka stresowała tylko klasówka z matmy i matura a teraz to jakaś paranoja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiolka,

      rzeczywiście, obecny system nie był zbyt dobrze przemyślany.

      Usuń
  2. Naprawdę żal mi tych dzieci, mają naprawdę dużo stresu, tym bardziej że mam dziecko mniej więcej w tym wieku ...
    A jeszcze bardziej przykro gdy się pomyśli, że za tym całym stresem, wysiłkiem specjalnie nic nie idzie: młodzi ludzie skończą jedną, drugą, trzecią szkołę, może i studia (strasznie ich wartość się zdewaluowała w ostatnich latach, ale to już na marginesie) i zasilą szeregi bezrobotnych.... No chyba że tata lub mama mają znajomości i znajdą dziecku posadę. W dużych miastach na pewno łatwiej o pracę (marną, bo marną ale jest), natomiast w mniejszych miejscowościach to tylko układy i znajomości.
    Myślę czasami że lepiej było odpowiednio wcześnie spakować się i wyjechać do jakiegoś normalnego kraju...
    Pozdrawiam z (mimo wszystko) optymistycznym nastawieniem ... ale ten optymizm tylko z powodu Wiosny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grzegorz,

      mając dziecko w tym wieku pewnie nie raz spotkałeś się (a i spotkasz) z paranojami, które funduje im współczesna edukacja. Masz rację, przykre, że za tym wszystkim nic nie idzie. Aktualnie po studiach nie ma się nic, a myślenie "papierek się przyda, bo łatwiej dostanę pracę" jest błędne. Pozostaje wierzyć o zmianę. Walczyć o zmiany.

      Również pozdrawiam z wiosennym nastawieniem. ;)

      Usuń
    2. Droga Sandro, mam nadal wiarę w takich młodych, chcących coś zmienić ludzi jak Ty :) Z wiekiem niestety ten zapał znacznie opada, pojawiają się inne problemy z jakimi trzeba się mierzyć. Życzę powodzenia, mam nadzieję że daleko zajdziesz i zapału nie stracisz. Piszę w ten sposób bo tak patrząc z perspektywy czasu wielu ludzi, którzy kiedyś mówili naprawdę mądrze zmieniło się (a raczej stanowiska i posady ich zmieniły) i nie mają już (najwyraźniej) ochoty na rewolucję. A tu (w szkolnictwie) potrzeba jest naprawdę rewolucja. Bo inaczej obudzimy się z ręką w nocniku. Świat idzie do przodu i wpychanie dzieciom do głów wiedzy encyklopedycznej, brak przełożenia na praktykę plus stresowanie kolejnymi testami do niczego dobrego nie doprowadzi. No chyba że chcemy "wychodować" pokolenie idiotów, którymi będzie łatwo manipulować... Ale by coś zmienić potrzebny jest po pierwsze pomysł/plan działania, a po drugie chęci. Tak więc trzymam kciuki, powodzenia :)

      Usuń
    3. Grzegorz,

      cieszę się - "wiara w młodych" jest potrzebna zawsze, bez względu na czasu.

      Sądzę, że problemy są zawsze. Nie wychodzę z założenia, że z wiekiem ich przybywa. Są inne, jednak my także jesteśmy inni. Rozwijamy się, kształtujemy...

      Na szczęściej jeśli chodzi o mnie, wymarzone stanowisko może mnie tylko zmienić na lepsze. ;)

      Dziękuję za wsparcie, pozdrawiam!

      Usuń
  3. Ja tam sobie egzamin po gimnazjum chwaliłam, szczerze mówiąc. Tak naprawdę mogłam się sprawdzić, na co mnie stać, kiedy wymaga się ode mnie wiedzy na już ze wszystkich przedmiotów. Nie widzę nic złego w samej idei egzaminowania uczniów, aczkolwiek sposób mógłby być zupełnie inny, chociaż nie wiem, jaki, ale myślę podobnie, jak Ty, że zbyt wiele wagi przykłada się do tego, jaki uzyska się wynik punktowy, a zbyt mało do tego, czy to w ogóle odzwierciedla wiedzę uczniów, bo w dobrą odpowiedź każdy może strzelić. Z relacji jednego z moich uczniów wiem, że dzisiejszy egzamin po gimnazjum jest o wiele bardziej podzielony i szczegółowy niż ten, który ja zdawałam i nie są to już tylko dwie części - humanistyczna i ścisła, ale dodatkowo jeszcze językowa, a o podzieleniu na biol-chem i mat-fiz już nie mówię wcale :/ Co do egzaminów szóstoklasistów uważam, że nie powinno się dzieci niepotrzebnie stresować, bo nie wiem, czy faktycznie tak jest, że wynik tego egzaminu decyduje o przyjęciu do konkretnego gimnazjum? Wydaje mi się, że gimnazjum jako szkoła obowiązkowa jest wyborem samym w sobie, bo tak czy siak do gimnazjum trzeba pójść, bo innej opcji nie ma, ale pewności nie mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klaudia,

      ja po egzaminie gimnazjalnym miałam inne zdanie. Może dlatego, że zadania z przedmiotów ścisłych, które się na nim pojawiły, nie były omawiane w gimnazjum? W każdym razie byłam zła, bo mialam poczucie, że od tego wiele zależy.

      Nawiązując do sprawdzianu szóstoklasistów - tak, każde dziecko ma zagwarantowane miejsce w gimnazjum rejonowym, jednak wiele osób do takiego iść nie chce (przyczyny różne, na przykład niski poziom nauczania, niekompetentni nauczyciele). W takim przypadku wynik egzaminu ma spore znaczenie.

      Usuń
  4. Klaudio, piszesz..."Co do egzaminów szóstoklasistów uważam, że nie powinno się dzieci niepotrzebnie stresować, bo nie wiem, czy faktycznie tak jest, że wynik tego egzaminu decyduje o przyjęciu do konkretnego gimnazjum? Wydaje mi się, że gimnazjum jako szkoła obowiązkowa jest wyborem samym w sobie, bo tak czy siak do gimnazjum trzeba pójść, bo innej opcji nie ma..."
    To prawda, ale jaki wybór ma absolwent podstawówki w miejscowości gminnej, gdzie jest jedna podstawówka i jedno gimnazjum? Bywa,że w tej samej miejscowości jest jeszcze liceum, do którego trafia większość absolwentów miejscowego gimnazjum. Uczyłem w takim liceum. Rozpiętość posiadanych punktów oscylowałe wokół proporcji 2:1, a nawet 3:1. Tam dopiero jest praca.
    A co do stresu, to nie przesadzajcie. Rozmawiałem z takim abiturientem w święta. Wcale się nie stresował. W zadaniu o prostokątach wskazał prawidłowo jeden bok. Zadania nie rozwiazał, ale liczy na 1 punkt, bo coś wskazał. Poza tym te krańcowe 30 proc. też jest bezlitośnie wykorzystywane

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatul,

      rzeczywiście, w takich szkołach pracuje się trudno, "przekrój" jest ogromny. Niestety, masz rację, że w tym przypadku dzieci nie mają (zbyt dużego) wyboru.

      Stres - każde dziecko reaguje inaczej. Znam takie, które płaczą, takie, które podchodzą "na luzie". Ja miałam okazję rozmawiać z dziewczynką, która tak się zestrowała, że ktoś będzie śmiał się z niespodzianki, którą opisze w opowiadaniu, że przed napisaniem wyszła z sali. Płakała przez kilka dni (mimo pocieszeń rodziców), mówiąc, że teraz na pewno nie dostanie się do wymarzonego gimnazjum.

      Dzieci są różne, ale chyba nie zaprzeczysz, że wiele osób niepotrzebnie powoduje wzrost napięcia?

      Usuń
    2. Zgadzam się. Pamiętam, jak dziś, kiedy jedna z moich koleżanek w gimnazjum podczas kartkówki z treści książki "Buszujący w zbożu" wstydziła się napisać o tym, że ktoś tam był homoseksualistą. Dzieci stresują takie sytuacje po prostu.

      Usuń
    3. To kolejny element, nad poprawą którego trzeba pracować.

      Usuń
  5. Dziękuję że poruszyłaś ten temat. Sam chodząc dziś do gimnazjum codziennie słyszę o nowej formule egzaminu, o tym, że coś może mi się do egzaminu przydać. "To na pewno będzie na egzaminie" - setki razy mówią pedagodzy. Żaden nauczyciel nie wspomni, że z daną wiedzą, będzie nam łatwiej w liceum, na studiach. Najgorsza jest jednak konsekwencja takiego wyolbrzymiania egzaminu! Uczniowie (jeżeli w ogóle) ucząc się dodatkowo, powtarzając do tego egzaminu z innych książek, źródeł - utrwalając wiedzę, to jednak z takim nastawieniem, tą wiedzę będą władali do egzaminu, potem zaś będą "biły dzwony, ale nie wiadomo w jakim kościele"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewygodny,

      przygotowanie do matury (która była stosunkowo niedawno) wspominam podobnie. Uczyłam się po to, aby mieć lepszy wynik, nie po to, żeby wiedzieć... Po trzech latach muszę przyznać, że wiedza gdzieś ucieka/uciekła. Zastraszająco szybko (cóż, czego można się spodziewać po "wykuciu, bo czas goni").

      Usuń
  6. I mamy dzięki temu rozhisteryzowany tłum rodziców, który biadoli, że "dziecko zawali trzecioteścik i na studia nie pojdzie!" :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Rzecz w tym, że śniłam o Auschwitz, bo na polskim mamy okres wojny i okupacji, a więc tematyczny sen.

    OdpowiedzUsuń
  8. Sandro, dziękuję za Twój wpis. Nidy dość zastanawiania się nad sensem systemu testocentrycznego. Skoro nie zastanawiają się nad tym MEN i media, to należy to czynić "za nich".
    Próbuję uporządkować nasza "wiedzę" o egzaminach i testach.
    1. Są zwolennicy takiego systemu: egzaminy nie są złe, są dobre, mobilizują do nauki dają możliwość sprawdzenia skuteczności uczenia i uczenia się.
    Dotychczas nie spotkałem się z żadnymi argumentami uzasadniającymi niezbędność i pożyteczność testów i egzaminów. Przepraszam, skłamałem: taki system jest pożyteczny dla autorów programów i testów, oraz dla "sprawdzaczy" - daje im pracę i godziwe zarobki.
    2. Są przeciwnicy: masowe egzaminy-testy są złem, nie są pożyteczne, przynoszą szkody w wielu obszarach.
    Rzeczowych uzasadnień dostarczają tabuny ekspertów i praktyków, od zwykłych nauczycieli, po profesorów. Zainteresowanych zapraszam do rozmowy.
    3. Pytanie: czy rzeczywiście uczniowie tak bardzo stresują się testami ? Czy obserwujecie, że, z biegiem lat, to nauczyciele coraz mocniej angażują się i przeżywają egzaminy, a uczniowie robią to w coraz mniejszym stopniu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesławie,

      mam nadzieje, że kiedyś "za nich" będzie można zamienić na "z nimi". Właściwie to moje marzenie.

      1. Zgadzam się z Twoją opinią. Moje "kucie" do egzaminów niczego (oprócz stresu) w życie nie wniosło. Wiedzy także (ta szybko uciekła).

      3. Taką tendencję też obserwuję.

      Pozdrawiam!

      Usuń